Blog o moich zmaganiach z "oporną materią" podczas tworzenia różnego rękodzieła.

piątek, 3 kwietnia 2026

Abakany, sztuka tkania form przestrzennych.

 

Magdalena Abakanowicz jest dla mnie artystką- „tajemnicą”. Niby sporo o niej wiem, znam jej różne dzieła, ale zawsze, kiedy o niej myślę, to zastanawiam się nad jej postrzeganiem świata, przedmiotów, ludzi.

Mogłabym tak powiedzieć o większości znanych mi artystów, a jednak dziedzina, w której artystycznie poruszała się Abakanowicz jest niejednoznaczna. Tu się nie da tak wyrazić swego przesłania, jak np. w malarstwie, czy rzeźbie (nie piszę tu teraz o sztuce abstrakcyjnej). Oczywiście można teraz zaprotestować, bo w sztuce przeważnie spotykamy się z brakiem jednoznaczności, z brakiem wyraźnego przesłania, o ile artysta dokładnie nie nazwie swojego dzieła lub dzieło nie jest tak realistyczne, że bez jakiegoś wielkiego wysiłku i domysłów, wiemy o co chodzi.,

Piszę o tkactwie Abakanowicz,które mnie zafascynowało. Ta dziedzina twórczości jest mi coraz bliższa i coraz więcej o niej wiem. Dlatego zdaję sobie sprawę z tego, jak wielką artystką trzeba być, by tworzyć tkane dzieła sztuki, które zyskały międzynarodową sławę. A nie są to tylko kilimy czy gobeliny, ale dzieła wielowymiarowe o dużej kubaturze.

Ale po kolei.

Magdalena Abakanowicz urodziła się w 1930 roku w Falentach niedaleko Warszawy. Mówiła o sobie, że była inna, była samotnym dzieckiem

„Taka się urodziłam – wyjaśniała Jakubowi Janiszewskiemu w wywiadzie radiowym udzielonym TOK FM. Zanim nauczyłam się posługiwać sprawnie palcami, brałam w dłonie jakieś przedmioty i wiązałam je ze sobą. Tylko ja wiedziałam, dlaczego ten patyk z tym kawałkiem gliny są jedną rzeczą. Bez przerwy grzebałam w ziemi, zajmowałam się lepieniem i tworzeniem przedmiotów o mnie tylko wiadomych znaczeniach. Robiłam w pokoju dziecinnym straszny bałagan, więc rodzice podczas porządków to wszystko wyrzucali, a ja wygrzebywałam ze śmietnika co ważniejsze rzeczy”.

Po ukończeniu szkoły podstawowej zdawała do liceum plastycznego, gdzie już na wstępie powiedziano jej, że na rzeźbę to ona się nie nadaje. Zajęła się malarstwem. Malowała obrazy surrealistyczne.

Na studiach często głodowała, ale trzymała wewnętrzną dyscyplinę, która wpoili jej rodzice i nie myślała, by w tych trudnych warunkach studia przerwać. O sztuce wyrażała się, że jest stanem psychicznym, stanem ducha, przypadłością, z którą trzeba żyć. Traktowała sztukę jako wręcz przywarę, z którą trzeba sobie radzić. Powinna dawać do myślenia, ale nie może być użyteczna.

„Sztuka pozostanie najbardziej zdumiewającą działalnością człowieka, zrodzoną z bezustannych zmagań rozumu z szaleństwem, marzenia z rzeczywistością…” - brzmiał jej artystyczny manifest.

Kiedy wyszła za mąż i zamieszkała z mężem w małej kawalerce, zaczęła malować duże obrazy, między którymi się przechadzała- dawało jej to poczucie przestrzeni. To w tych latach zatęskniła za wielowymiarowością, bo obrazy wydawały jej się zbyt płaskie. Zaczęła tkać i zszywać kawałki utkanych tkanin. Powstawały miękkie rzeźby- „antyrzeźby” jak je nazywała.

Te reliefowe płótna nazwała „abakanami” i uważała je za doskonałą przestrzeń do kontemplacji. Była to sztuka innowacyjna- nikt wtedy takich rzeźb nie wykonywał. I te tkane formy przestrzenne, jej artystyczne oryginalne odkrycie, przyjęło nazwę od niej nazwę.

„Abakan jest wymagający. Potrzebuje szczególnej troskliwości i szczególnej ekspozycji. Nie nadaje się na ścianę, do dekoracji. Do niczego się nie nadaje” -twierdziła artystka.

W katalogu jednej z wystaw Magdaleny Abakanowicz, Ewa Hornowska napisała o Abakanach tak: „To samoistne twory, zawieszone swobodnie w przestrzeni, bez ścian w roli tła bądź podpory, zapętlone w środku, a przy tym otwarte, dostępne zmysłom ze wszystkich stron, również od wewnątrz”

Abakany (i inne prace- rzeźby) artystki były wystawiane na wielu wystawach oraz biennale. Jednym, z pierwszych, w których Abakanowicz uczestniczyła, odbyło się w Lozannie w 1962 roku. Zaprezentowała wtedy „Kompozycję białych form”. Były to jeszcze płaskie gobeliny, jednak miały one już elementy reliefowe. Prace wzbudziły zachwyt ale i kontrowersje. Zachwycała nie tylko forma prac, ale również ich kolorystyka- odcienie bieli, beżu, szarości oraz sepii.

Trzy lata później na wystawie w São Paulo, formy przestrzenne Abakanowicz wzbudziły sensacje, a ona sama zdobyła za nie złoty medal. Tym samym otworzyły się przed nią drzwi światowych sal wystawienniczych. Sama zaś stała się artystką rozpoznawalną.

Po okresie tworzenia abakanów, artystka zajęła się tworzenie rzeźb, głównie postaci ludzkich. A po tym etapie tworzyła rzeźby głównie z konarów i pni drzew ściętych przez drogowców. Wykonywała również formy przestrzenne z odlewów żeliwnych.

Na prośbę mieszkańców Hiroszimy, wykonała 40 postaci, odlanych z brązu. Postawiono je na wzgórzu, jako pomnik upamiętniający ofiary wybuchu bomby jądrowej.

Zajęła się także tworzeniem choreografii dla tancerzy polskich oraz japońskich, którzy specjalizowali się w tańcu butoh. I to jeszcze nie koniec działalności Abakanowicz na niwie artystycznej- w ramach uczestnictwa w konkursie, dotyczącym zaplanowania jednej z dzielnic Paryża, zaproponowała nowatorską wówczas koncepcję wybudowania kilku 25 piętrowych budynków, które miałyby kształty nawiązujące do drzew i oplecione byłyby od dołu do góry bujną roślinnością, posadzoną na różnych poziomach fasad. Stąd wzięła się nazwa tej koncepcji- architektura arborealna. Projektu nie zrealizowano z braku pieniędzy, ale jego wizjonerski charakter porównuje się do wizji Gaudiego.

Doceniam w niej tę artystyczną wszechstronność, mnie jednak najbardziej zainteresowała jej twórczość tkacka.

Już na początku zaprezentowania się pierwszych abakanów, powstał problem nazewnictwem, dotyczącym tych form artystycznych.

„W recepcji twórczości Magdaleny Abakanowicz od samego początku powracał ten sam problem – jak właściwie nazwać jej prace. Krytycy prześcigali się w tworzeniu określeń, które pozwoliłyby umieścić jej dzieła poza granicami tradycyjnego tkactwa. Pisano o „anty-tkaninach”, „rzeźbach w tkaninie”, „tkanych obrazach”. Przydawano im kolejne przymiotniki, próbowano uczynić z jej prac obiekty z kategorii „wielkiej sztuki” – obrazy, później rzeźby – ale abakany, choć zapożyczały niekiedy wyrazy z języka rzeźby czy malarstwa, pozostawały tkaninami. Wyjątkowymi, na wskroś nowatorskimi – ale tkaninami. Tylko i aż.

„Sama artystka chciała przede wszystkim uniknąć miana „tkaczki” – z czasem coraz bardziej. Pytana o definicje, unikała jednoznacznych odpowiedzi. W ten sposób otwierała pole do interpretacji – i do dyskusji, która miała ciągnąć się przez następne lata. Abakany były zbyt monumentalne, zbyt cielesne, zbyt przestrzenne, by pozostać w obrębie tkaniny – ale zbyt organiczne, by całkowicie wpisać je w rzeźbę. W tym wszystkim często odmawiano tkaninie prawa do samodzielności – jakby mogła istnieć tylko poprzez odniesienie do innych dziedzin. Abakanowicz była jedną z pierwszych artystek, które tę hierarchię odwróciły. W pewnym momencie problem ten się jednak skończył, o co zadbała sama artystka, zwracając się w połowie lat 70. ku pracom, które już bez cienia wątpliwości odbierane i opisywane mogły być jako rzeźby. (…)

(…) Na początku drogi twórczej Abakanowicz była więc głównie „tkaczką–malarką”, przynajmniej w recepcji krytycznej. Miała jednak uwolnić tkaninę od „niewzruszonej zależności od malarstwa”. Im dalej, odważniej artystka wychodzi w przestrzeń ze swoimi pracami, tym bardziej staje się „tkaczką–rzeźbiarką”.

I trochę o technice tworzenia abakanów.

„Abakan to wyjątkowa forma rzeźbiarska, połączenie tkaniny i rzeźby. Abakany nie są wykonane z twardych materiałów jak klasyczna rzeźba. Nie są również płaskie jak dzieło wykonane z tkaniny. Abakan, potocznie określany jako miękka rzeźba, wykonany jest z grubo tkanych sizalowych splotów. Abakanowicz, przy tworzeniu, dzieliła włókna na cieńsze pasma, następnie barwiła je i suszyła. Potem, tkała z nich na krośnie swoje abakany. Cały ten proces sprawiał, że w trakcie tworzenia przypominały one kształtem gobeliny, czyli płaskie tkaniny. Sposób prowadzenia włókna jest poziomy, równoległy. Wszelkie łączenia materiału są niewidoczne. Po zszyciu wszystkich elementów, Abakanowicz nadawała im przestrzenną formę.

O ile technika tkacka jest dosyć prosta, to nie wyobrażam sobie tkania wątku przędzą sizalową. No nie wiem, w sumie to nie miałam przędzy sizalowej w ręce. Kojarzy mi się ona z przędzą konopną lub jutową, a te są raczej szorstkie. Na pewno sznurek jest nieprzyjemny w dotyku. A z drugiej strony, coraz częściej czytam o ubraniach z tkaniny konopnej, czyli nici powinny być miękkie. A może spróbować?

Abakany można zobaczyć na prezentacji- koniecznie na dużym ekranie.




https://www.tygodnikprzeglad.pl/sztuka-moj-swiat-wyobrazni/

https://niezlasztuka.net/o-sztuce/magdalena-abakanowicz-artystka-osobna/

https://culture.pl/pl/artykul/nieznosny-ciezar-abakanow

https://www.abakanowicz3d.pl/modele-3d/abakan/


niedziela, 22 lutego 2026

Dziergam, dziergam- kocyk rośnie. oraz o zmaganiach z oporną materią

 Tydzień temu uszkodziłam kciuk lewej ręki. Skończyło się na szyciu i szpili podtrzymującej (wbitej w opuszek). Nie boli, ale mam trudności przy robótkach.


Tkanie idzie słabo, jednak dzierganie na krośnie nawet nieźle wychodzi. Pisanie na kompie również, dlatego wklejam post o technicznych sprawach, dotyczących dziergania na krośnie.  

Kiedy kończyłam poprzednie elementy kocyka (udziergane paski), trzeba było odpowiednio łapać oczka- tak jak przy dzierganiu na drutach kończy się brzeg  element robótki. Nie popatrzyłam dokładnie, z której strony zaczynamy dzierganie oczek kończących i popłynęłam. Zrzuciłam wszystkie oczka, jak należy, doszłam do końca i zostało mi oczko luźne. W poprzednich dwóch pasach to się to nie zdarzyło. No i co teraz z nim zrobić? Moja wina, bo film pokazuje odkąd zaczynać, ale uznałam, że nie ma znaczenia, od której strony zacząć zrzucanie oczek. A jednak ma.

Przyszyłam je dodatkową nitką do dzianiny- błędu nie widać, ale niesmak został.  Znowu Jakółka poleciała na skróty, zamiast dokładnie wszystko sprawdzić. 

Jeszcze raz tak, jak na filmie.

Kończąc dzierganie, zaczynamy zrzucać oczka od tej strony, gdzie zostało jedno oczko na kołku (od niego zaczynamy), a na przeciwległym końcu krosna mamy nić od motka. Wtedy jak zrzucimy wszystkie oczka, nić przewlekamy przez ostatnie oczko i zaciskamy. Nic nam się nie spruje.

Tu już końcowe oczka.

  

Przy zakończaniu ważne jest, by oczko, które podbieramy od dołu przesunąć przez środek górnego oczka. Dolne oczko musi znaleźć się w tym górnym. Wtedy dolne oczko przeciągamy i zawieszamy na nowym kołku i znów dolne oczko musi się przesunąć przez górne od środka (podbieramy je od dołu przy krawędzi kołka). To tak jak przy robótce drutami. Oczko górne musi zawisnąć na oczku dolnym w przeciwnym razie ono się spruje. 

Oczko, które mamy na igle, narzucamy na następny kołek (przeciwległy).



I znów podbieramy dolne oczko tak, by weszło w środek górnego, potem przeciągamy. To wiszące nakładamy na następny kołek przeciwległy- na kołku są znów dwa oczka.

I tak do końca- zostanie nam jedno oczko na igle oraz nić z motka. 
Odcinamy nić z motka i przewlekamy przez oczko

Zaciskamy, możemy zrobić dodatkowo supełek. 
Za każdym razem, kiedy kończymy lub łączymy nici (kolory), należy zostawić dłuższą nić, by ją potem wpleść w tkaninę (chowamy końcówki)

I dygresja. Na polskich blogach tkackich, mało jest wskazówek dotyczących detali. Więcej znajduję na blogach zagranicznych. A na polskich blogach informacji, o niuansach w dzierganiu na krośnie dziewiarskim, nie ma w ogóle. Pomijam już fakt, że takich blogów jest mało i głównie dotyczą dziergania na obręczy. Owszem, jest mnóstwo filmów na YT, jednak w j. angielskim i nie zawsze dobrze widać, jak sobie radzić z trudnościami. Polskich jest tylko parę.

Dlatego znowu sama musiałam sobie radzić, w jaki sposób zakończyć to wystające oczko.

Ja tego nie rozumiem- panie na zagranicznych blogach też organizują kursy płatne, warsztaty, a mimo to dzielą się swoją obszerną widzą na swoich blogach. Pokazują dokładnie jak co zrobić, są zdjęcia, czasem filmik. Na polskich? Zapomnij. A przecież kogo stać, to i tak kupi kurs, bo wtedy instruktor podchodzi indywidualnie do ucznia i nauka jest łatwiejsza. 

 I wracam do "potknięcia" przy kończeniu.

Jeżeli kończymy z drugiej strony, tak, jak mi się przytrafiło, zostaje nam oczko i wplatamy je szydełkiem w resztę dzianiny tak, by się nie spruło. Możemy również przewlec przez nie nić i tę nić wpleść w dzianinę. Można również oczko zszyć. Wszystko można, ale najlepiej pilnować porządku dziergania i kończenia.

I jeszcze jedna techniczna uwaga, dotycząca dziergania.

 Przy nawijaniu kolejnego rzędu dobrze jest przypilnować sobie, by to górne oczko było rzeczywiście nad dolnym, a nie pod, bo potem są trudności z podbieraniem dolnego czka. Dlatego należy po nawinięciu dolnego rzędu oczek, docisnąć je do listwy, a górne zaplatać pod łepkiem kołka. To jest ułatwienie pracy, chociaż trwa ona trochę dłużej.

Teraz dziergam drugi dywanik z pasów. Zostało mi jeszcze sporo włóczki, to ją wykorzystuję. Tym razem nawijam oczka na każdy słupek (poprzedni włóczkę nawijałam na co drugi słupek).

Dzianina jest piękna- równa, puszysta, miękka. 

Jeden kolor- jeden motek I tu zdziwienie- elementy nie są równej wielkości, a motki mają tę samą gramaturę, nic te samą grubość, splot jest równy, ta sama nazwa, ten sam producent. Elementy oliwkowy i ciemny fiolet ( po prawej stronie) wyraźnie są mniejsze od pozostałych. 
 

Udziergałam już dwa pasy 95/40 centymetrów. W planach są jeszcze trzy takie pasy (jak mi starczy włóczki o takiej grubości)

Miałam w planach uzupełniać haft na bluzce, ale wyszło, jak wyszło. Wkurzona jestem.

W tym tygodniu kontrola i ewentualne wyjęcie szwów, a potem jeszcze 3 tygodnie w usztywnieniu. 



sobota, 24 stycznia 2026

Czasem słońce, czasem deszcz czyli następny pasiak utkany.

 

Wszystkie dotychczas utkane kolorowe pasiaki, tkałam włóczką, która niezbyt nadaje się do tkania gobelinów. Już pisałam, że mam takiej włóczki bardzo dużo. Dziewiarki by się ucieszyły- włóczka miękka, śliska, na drutach dobrze leży. Na drutach tak, na szydełku również, ale do tkania gobelinów się nie nadaje. To znaczy, jakbym się uparła, to pewnie jakoś by się nią tkało, ale ja nie chcę upierać się a potem męczyć. Dlatego tkam nią pasiaki- chodniczki i chcę ją, jak najszybciej, wyrobić.

Jest miękka, bardzo naciąga się, źle się ubija. Mam takiej włóczki jeszcze sporo. Zajmuje dużo miejsca, jest różnej grubości, w składzie ma mało naturalnej wełny. Równocześnie uzupełniam zapasy przędzy tkackiej, takiej, którą można tkać gobelin bez denerwowania się, że coś z powodu źle dobranego wątku, nie wyjdzie. Pozbywam się też włóczki, która ma paseczki różnokolorowe (jedna ma równej długości, inna paski różnej długości). To nie jest melanż, a nawet nie ombre. Nadaje się ona do tkania tylko wzorów geometryczny oraz pasków.

Ten pasiak ma paski na całej szerokości osnowy. Po prostu lecą sobie kolorami. Paski wyszły ładnie, dosyć równo i szybko się, w ten sposób, tkało.

Jeszcze na ramie. 

I gotowy 

Następny pasiak przyprawił mnie o ból głowy. Ponieważ nie chciałam powtarzać takich pasków, jak na poprzednim, postanowiłam podzielić szerokość osnowy na trzy części i każdą część tkać wątkiem innego koloru. Te części miały być nierównej szerokości, natomiast grubość paska miała wynosić 4 x długość (2 razy w prawo, 2 razy w lewo przez osnowę). No i wpuściłam się w maliny. Nie dość, że trzeba było ciągle zmieniać kolor przędzy, to jeszcze łączenia kolorów nie wychodziły równo, bo włóczka miała różną grubość (niektórej brałam podwójne nitki, by nierówności wyrównć).

Tu widać różną grubość włóczek i nierówności przy ich łączeniu. 

Pocieszające jest to, że brzegi moich utkanek wychodzą już równe i nie pływają. Wszystko dlatego, że biorę trzy albo cztery brzegowe nici osnowy i traktuję je jako jedną przy oplataniu wątkiem. Wątek oplatam podwójnie wokół tych czterech nitek osnowy.
 


By jakoś stabilizować tkaninę, tkałam naprzemiennie paski z tej miękkiej włóczki z paskami włóczki mniej rozciągliwej oraz włóczką tasiemkową podobną do sutaszu. I tkałam naprzemiennie paski jednego koloru z paskami z włóczki różnokolorowej. Paski kolorowe oddzielałam, od czasu do czasu, pakiem włóczki czarnej, aby się zbyt kolory nie zlewały.

Na ramie. 

 

Tu widać te nierówności przy łączeniu kolorów. Widać również źle zrobione zarobienie. Tkaczki radzą zarobienie dzielić na części, a jak podzieliłam to się rozjechało. Górne zrobiłam całe i wyszło super. Komu wierzyć?

To doświadczenie widocznie było mi potrzebne, bo doszłam do wniosku, że nie każdy sposób łączenia wychodzi ładnie. Nici w tym pasiaku  próbowałam łączyć w sposób gobelinowy i się porobiło niefajnie.

Łączenie kolorów na sposób gobelinowy.  

  Najładniej jednak wychodzi łączenie techniką przesmyku. Trzeba tylko pamiętać, by niezbyt mocno naciągać nić wątku przy styku kolorów- może zrobić się widoczny przesmyk.

O coś takiego. Naciągałam ( przy nawrocie) te nici wątku, naciągałam i porobiły się dziury. teraz mocno się pilnuje przy łączeniu kolorów i są postępy. 

 
 

Pilnowałam również kładzenia wątku z zachowaniem „górki” (nitka nie była napięta) oraz mocy ubijania- tym razem ubijałam na tyle, by się skryły nitki osnowy i tkanina była zwarta, ale nie jest ona twarda, jak wychodziło przy mocnym ubijaniu (np. w gobelinie z tulipanami).

Po utkaniu jednej trzeciej feralnego chodniczka, doszłam do wniosku, że oszaleję przy tym ciągłym zmienianiu kolorów wątku, a sam chodniczek będę tkała rok a może i dłużej. Zaczęłam tkać paski jednolitym kolorem na całej szerokości osnowy i robota od razu ruszyła do przodu, a chodnika zaczęło szybko przybywać. No, ale... no, ale .. ja zawsze coś muszę, bo inaczej znudzę się okropnie- wróciłam do tych trzech kolorystycznie części, by nawiązać do wzoru na dole chodniczka. Jakiś czas męczyłam się tak, jak na początku. A potem znów tkałam paski przez całą szerokość. I tak w bólach, przy solidnym przeklinaniu, przy „Już, już, zaraz odetnę to draństwo i trzepnę tym w kąt”, dotarłam z tkaniem do końca, czyli do pełnej wysokości ramy.

Góra pasiaka- zarobienie i łańcuszek przytrzymujący nitki osnowy. Zarobienie tkałam ostrą wełnianą przędzą, natomiast łańcuszek zrobiłam z dratwy lnianej. 

 


Chodnik nieudany, ale pójdzie na podłogę i nie będzie tych błędów tak widać. Najważniejsze, że znów ubyło mi paskudnej włóczki i robi się miejsce w koszu na owczą przędzę, odpowiednią do tkania.

 Policzyłam, ile pasiaków już utkałam. Jest ich 4, słownie cztery. Nie do wiary, a przecież zaczęłam tkać półtora roku temu. Czy ktoś jeszcze pamięta mój pierwszy utkany okrągły dywanik? Kolorowy że hej, ale lekko krzywy i z niezbyt ładnym środkiem? Za to ma super frędzle (zakładka- okrągły tkany dywanik lub zakładka tkanie)😁😁😁

No i 6 gobelinów też już utkałam („Miasto nocą” poszło do ludzi). I ciągle się uczę (jak ten poprzedni nieudany prezydent), ciągle się uczę, i popełniam błędy, i naprawiam błędy, i nadal przy tkaniu świetnie się bawię (poza małymi wyjątkami).

Te dwa ptaszory poszły na licytację WOŚP.


 

 

niedziela, 4 stycznia 2026

Krosno dziewiarskie podłużne- pierwsze kroki. (Longitudinal knitting loom - first steps.)

 

Zniesmaczona sama sobą i moim wyobrażeniem o włóczkach w tkaniu, widząca, że tej złej włóczki, nawet przy tkaniu pasemkami dywanika nie ubywa, kupiłam krosno dziewiarskie tzw. Loom. Kiedyś się już do niego przymierzałam, jednak po obejrzeniu filmików- instrukcji, dotyczących pracy na nim, zrezygnowałam. Pomyślałam sobie, że druty i szydełko jednak prostsze. Ale ja nie lubię i drutów i szydełka. Potrafię na nich robić podstawowe ściegi. Na drutach potrafię wrabiać wzory, ale do obu narzędzi nie pałam miłością.

Musiałam znaleźć coś, co ułatwi mi dosyć szybkie pozbycie się niewygodnej włoczki, która blokuje miejsce w koszach dla przędzy do tkania.

Ostatnio kupiłam długie (40 cm) krosno dziewiarskie. Na razie proste, ale chyba skuszę się te na okrągłe. W jednym przestrzeliłam- na tym krośnie słabo pracuje się z cienką włóczką, ale ta wiedza przyszła, kiedy już krosno było w domu. Na krośnie dziewiarskim najlepiej pracuje się grubą włóczką- na druty od 6 wyżej. Wygrzebałam trzy motki grubaśnej włóczki i robota leci. Bardzo szybko przybywa tkaniny. Jak się już załapie, o co biega z tym nawijaniem na kołki i zrzucaniem oczek, to praca na krośnie jest samą przyjemnością. I w dodatku tkaniny przybywa w kosmicznym tempie. Ja mam dosyć prosty wzór, ale tych wzorów jest sporo. Na takim krośnie można tkać i szale, i swetry, kocyki, chusty itp. Na okrągłym, z kolei, tka się skarpetki, kominy, getry czapki itp. 

Pierwsze kroki. 



Kilka uwag technicznych, które już zdążyłam podłapać- dotyczy to tego wzoru, którym tkam.

  • tkamy włóczkami grubszymi,

  • nić nawijamy na kołki dosyć luźno, jak mocno naprężymy, nie damy rady przerzucać oczek przez łebki krosna,

  • nawijamy na kołki tak, by włóczka krzyżowała się przed kołkiem od strony środkowej krosna,

  • po nawinięciu całości (na kołki z obu stron) zawijamy sobie dosyć mocno koniec włóczki na dodatkowe kołki boczne- nie przeszkadza oraz nie ucieka podczas zrzucania oczek,

  • po zrzuceniu oczek (na kołku dolne nici przewlekamy nad górne przez kołek), lekko dociskamy włóczkę przy każdym kołku w dół- robimy miejsce na następną nić, która powinna iść pod łebkiem kołka. Jak sobie ją nawiniemy poniżej tej, która jest już na kołku, nie damy tej pierwszej nad nią przerzucić przez kołek,

  • podczas przerzucania oczek, haczyk trzymam zawsze końcem do dołu listwy, wtedy nie haczę górnej nici przy przerzucaniu dolnej,

  • na pierwszym i ostatnim kołku (na przeciwległych końcach) co drugie nawijanie, jest tylko jedna nitka- nie ma tam nici dolnej). Jak zaczynamy na górze po lewej tronie i kończymy na dole po prawej stronie, to raz jeden, raz drugi, mają tylko jedną nitkę- tworzy się brzegowy łańcuszek. 

    Pierwsze nawijania. Obok krosna leży specjalny haczyk. Bez niego trudno tkać na takim krośnie. 

    Taką włóczką tkam.
     
    Utkany kawałek

     


    Nie bardzo wiem, jak nazywać pracę na krośnie- tkanie czy dzierganie.
     
     
    No to na razie tyle.