Blog o moich zmaganiach z "oporną materią" podczas tworzenia różnego rękodzieła.

sobota, 5 września 2026

Tkanie na tamborku.

 

 




Moją przygodę z tkactwem, zaczynałam od tkania na dużej obręczy. Utkałam dosyć duży dywanik. Można o nim przeczytać TU.

Ale tak mi dał w kość, że postanowiłam więcej w tkanie na okręgach nie bawić się. Tylko, że ”zarzekała się żaba wody”- po utkaniu ostatniego gobelinu, przyszła mi ochota utkać coś na tamborku. Jest w Internecie bardzo dużo zdjęć, ukazujących takie utkanki. Phi, pomyślałam sobie, mały tamborek, niedużo roboty, włóczkę w różnych wariantach mam- zrobię sobie taką utkankę. Kupiłam trzy jednakowej wielkości tamborki (mam miejsce na ścianie na taką serię).

Obejrzałam film na YT, by nie popełnić błędu przy nawijaniu osnowy- taki popełniłam przy dużym dywaniku- nie zachowałam rytmu nawijania sznurka na obręczy- środek wyszedł nierówny oraz grubaśny, po prostu brzydki.

Nawinęłam sznurek na rolkę, by łatwiej było go przewijać pod oraz nad ramą obręczy i zabrałam się do nawijania osnowy na pierwszym tamborku.

Ważne jest przechodzenie sznurka nad oraz po obręczą tamborka- taka eska-  jak na dole ramy mamy sznurek nad obręczą, to ciągniemy go na drugą stronę pod obręczą, by przeprowadzić nad obręczą, a na dole znów pod obręczą i tak wkoło. Idziemy po przekątnej np. góra w prawo do dołu, dół w lewo ku górze.



Zresztą daję link do filmu, https://www.youtube.com/watch?v=7MBVRJrOwyU

tam jest to świetnie pokazane. Jak tak się prowadzi osnowę, to środek jest równy i niezbyt gruby. Sznurek należy sobie przytrzymywać palcem na obręczy- nie będzie się ślizgał (jest to upierdliwe) i pilnować odległości między nitkami osnowy. Naciąg ma być dosyć mocny, ale nie może deformować ramy.

Odległość nitek osnowy jest coraz większa, idąc od środka ku ramie. 


 

Jest trochę gimnastyki i wystawia cierpliwość na próbę.

Krok po kroku, osnowę nawinęłam, chociaż kilka razy zsunęła mi się z tamborka. Na osnowę wzięłam dosyć gruby sznurek i to był błąd, bo ten środek wyszedł znów dosyć gruby (problem z filmami na YT polega na tym, że chociaż panie tłumaczą dokładnie, jak i co, to i tak tego nie rozumiem, mogę tylko patrzeć i małpować czynności). Ale nie zrażałam się- o środku postanowiłam zadecydować na końcu i zabrałam się do tkania. 

Podczas tkania zbieramy po dwie nitki osnowy za jednym  razem- tak jak się układają- jedna górna, pod nią dolna i to traktujemy jako jedną nitkę. 

 Można tkać na okrętkę, można również tkać partiami danej włóczki tak, jak tu pokazuję szarpie jedwabne (taki trójkąt). żeby nie było dziur w wątku, kiedy tkałam inny kolor- dodawałam do innego sąsiedniego, zbierałam nić osnowy już zapełnioną wątkiem- wplatałam wątek między dwie nitki wątku już istniejącego. Np. tu, przy szarpiach, wplatałam między dwie boczne nici szarpi nić innego koloru. Podczas tkania to jest fajne, że można sobie różne rzeczy robić, a wygląd nie będzie raził- to się zgubi w przędzy utkanej. Jak gdzieś pominiesz osnowę, to można krótką nitką wątku na bieżąco tę "dziurę" uzupełnić. Nie trzeba pruć hektarów już zrobionego gobelinu.

Niebieska nitka- gotowiec- włóczka z pętelkami
Splot cięty gęsty (cut pile), jak go nazywam dywanowym- najpierw przewlekane pętelki, potem przycinanie "na puchato" (shaggy- niebieski fragment i żółto różowy fragment). Czerwono- czarna włóczka, gotowiec- ścieg soumak. Czerwona włóczka-splot soumak jodełkowy
Ten pomarańczowo- brązowy oraz niebieski fragment, to czesanka do filcowania tkana soumakiem.

Zielony fragment- również czesanka wełniana do filcowania, tkana soumakiem.



Na dole szarpia jedwabna tkana splotem płóciennym. Nad nią dziwna włóczka różnokolorowa, a w zasadzie to taka nierówna sztuczna tasiemka do robótek na drutach- tkana splotem płóciennym (podstawowy splot- nitka wątku przechodzi naprzemiennie pod i nad nitkami osnowy)
Ta zielona przędza pod kwiatkiem to też gotowiec- pętelki ze srebrną nitką.

Na środek naszyłam kwiatek robiony na szydełku. Jest on w kolorze ecru i z szorstkiej nici, co dosyć fajnie współgra z włóczkami. 

Wiecie, że nawet fajnie się tkało? Przy okazji potrenowałam tkanie różnych splotów- od pętelek po różnego rodzaju soumaki. Nie miałam projektu, tkałam, co mi w danej chwili do głowy strzeliło- mieszałam różne włóczki, dodałam szarpie jedwabne, mieszałam kolory. I chyba w sumie fajne to wyszło.

Nie obwijałam ramy włóczką i nie dodałam frędzli, chociaż na początku miałam zamiar to wszystko zrobić. Włóczka na ramie rozmyłaby wygląd środka i nadałaby ciężkości całości. Natomiast frędzle jakoś głupio wyglądały. No na upartego te frędzle może by dowiązać i mogły być, ale przy takiej ilości kolorów na utkance, nie umiałam też zdecydować się, z jakiego koloru je zrobić i z jakiej włóczki je zrobić. Wiązałam je, na próbę, na dole, zaczynając od środka i dodawałam po kilka z każdej strony. Nie podobało mi się- zostawiłam bez. 

Średnica tamborka- 26 centymetrów.
 

Wszystkie trzy utkanki na okręgach będą bez frędzli oraz bez owijania ramy włóczką. Nie będą jednak tak tkane jak ten pierwszy. Muszę coś innego wymyślić.





sobota, 29 sierpnia 2026

Gobelin z haftowanym pawiem.


Od początku ten gobelin sprawiał mi kłopoty. Najpierw chciałam utkać wzór kwiatowy. Miał być nieduży. Naciągnęłam osnowę na ramkę, zrobiłam frędzle, podpięłam kartkę ze wzorem i spostrzegłam, że w osnowie ma zbyt duże "Pi"- to znaczy odstępy między nitkami- taki wzór się nie utka. Za późno zorientowałam się, że na osnowę wzięłam cienki sznurek zamiast grubszego- odstępy na ramce są co 1 centymetr. Wtedy lepiej brać na osnowę grubszy sznurek- tworzy się gęściejsza osnowa.

No dobra, to co w takim razie utkać? Mam różnej grubości przędzę, w tym taką, co co kawałek jest inna (wykorzystałam ją do tkania na tamborku). Pomyślałam, że utkam taką przędzą wzory geometryczne. Kawałek zrobiłam, wyprułam- brzydko to wyglądało, bo cienkie nitki układały się inaczej niż te grube.

Mogłam osnowę odciąć i ponownie naciągnąć grubszy sznurek, ale zrobiło mi się żal, bo frędzle mi się bardzo podobały- szkoda przędzy.

Pokombinowałam i postanowiłam najpierw utkać tło, a na gładkim gobelinie naszyć ściegiem couching drzewo. Ale ze mną jest tak, że w trakcie haftowania lub tkania pomysły się mi zmieniają.

Drzewo? Sorry, ale takich gobelinów z drzewem jest sporo. Jeszcze jeden? No nie, może coś innego? Może kwiaty? Ostatecznie padło na pawia.

Jednak paw ma być pawiem, czyli dumny, kolorowy i nietuzinkowy. Zatem przędza też ma być nietuzinkowa- no i strzeliło mi do głowy wykorzystać nić z kolorowymi nopkami do wyhaftowania tułowia ptaszora. Ale najpierw musiałam wymyślić naniesienie wzoru na tło gobelinu- to jest przędza owcza, mechata, gruba i szorstka.

Wycięłam, ze wzoru na kartce, tułów pawia, przyłożyłam go do tła, obrysowałam. Brzucho wyszło grubaśne, jak u kury nioski. Trochę mnie to zniechęciło, ale zbuntowałam się- to jest przecież mój autorski paw, dlaczego nie może być grubaśny, odrealniony. Niech już taki zostanie. Zaczęłam haftować tą nitką z nopkami. Problem w tym, że gobelin tkałam grubą podwójną przędzą i te nopki wpadały między nitki wątku, gubiły się. Co się namęczyłam, to moje, ale w sumie jestem z tego grubasa zadowolona. A poza tym, następne doświadczenie, z haftem i tkaniem gobelinów, za mną, co uważam za cenną zdobycz.


Nanoszenie wzoru ogona zrobiłam w inny sposób i teraz żałuję, że od razu na to nie wpadłam. Naniosłam wzór na cienką flizelinę, którą przyfastrygowałam do gobelinu i haftowanie poszło szybciej oraz było dokładniejsze. Flizelinę potem usunęłam.


 

A jednak, ten gruby wątek stwarzał problemy, bo nitki haftu, podczas haftowania ogona, też wpadały między nitki wątku. 

Długo zastanawiałam się, czym haftować pawia. Mulina mi nie pasowała, kordonek tym bardziej. Jedynie cienka przędza wchodziła w rachubę. Na szczęście moje zapasy przędzy są dosyć spore- znalazła się taka cieniutka i to nawet w kolorach pawich. Do tego nitka metalizowana także w pawich kolorach oraz metalizowana złota nić. Muliną wyhaftowałam jedynie nogi pawia i jego dziób. Oko zrobiłam z koralik. Koralikowa jest również korona ptaka oraz wszyłam koraliki w oka ogona.


 

Wykończyłam tradycyjnie- od dołu i od góry zrobiłam zarobienie, po zakończeniu tkania odcięłam osnowę, związałam osnowę w pęczki, przycięłam na lewej stronie nitki wątku na 1 centymetr, przeprasowałam całość przez wilgotną ściereczkę, podgięłam zarobienie, wsunęłam pod nie pęczki osnowy i przyszyłam je zwykłą nicią do gobelinu. Gobelin zawiesiłam na drewniany drążku w trzech miejscach. 


Gdybym miała jeszcze raz haftować na utkanym tle, to zrobiłabym podkład z gęściejszej osnowy i cieńszego wątku- haft pewnie lepiej byłby widoczny i lepiej by się go robiła. Pewnie i więcej detali można by wtedy nahaftować.

Pierwsza tego rodzaju praca za mną. Może będzie następna. Na razie kończę różne ufoki i czeka na mnie szycie chodniczka.

Wielkość:

  • cały 22 X 40 centymetry ( z frędzlami),

  • gobelin 22 X 23 centymetry.

Materiały:

  • sznurek 1 milimetr,

  • przędza owcza: wątek/tło,

  • przędza owcy Shetland- melanż: frędzle,

  • przędza owcy shetland – różne kolory: haft,

  • nić metalizowana żółta i kolorowa,

  • nić z kolorowymi nopkami (wyrób marki Kokonki),

  • koraliki,

  • listewka drewniana do zwieszenia,

  • mała ramka tkacka z odstępami na osnowę co 1 centymetr,

  • igły do tkania i igły do włóczki.


     

piątek, 3 kwietnia 2026

Abakany, sztuka tkania form przestrzennych.

 

Magdalena Abakanowicz jest dla mnie artystką- „tajemnicą”. Niby sporo o niej wiem, znam jej różne dzieła, ale zawsze, kiedy o niej myślę, to zastanawiam się nad jej postrzeganiem świata, przedmiotów, ludzi.

Mogłabym tak powiedzieć o większości znanych mi artystów, a jednak dziedzina, w której artystycznie poruszała się Abakanowicz jest niejednoznaczna. Tu się nie da tak wyrazić swego przesłania, jak np. w malarstwie, czy rzeźbie (nie piszę tu teraz o sztuce abstrakcyjnej). Oczywiście można teraz zaprotestować, bo w sztuce przeważnie spotykamy się z brakiem jednoznaczności, z brakiem wyraźnego przesłania, o ile artysta dokładnie nie nazwie swojego dzieła lub dzieło nie jest tak realistyczne, że bez jakiegoś wielkiego wysiłku i domysłów, wiemy o co chodzi.,

Piszę o tkactwie Abakanowicz,które mnie zafascynowało. Ta dziedzina twórczości jest mi coraz bliższa i coraz więcej o niej wiem. Dlatego zdaję sobie sprawę z tego, jak wielką artystką trzeba być, by tworzyć tkane dzieła sztuki, które zyskały międzynarodową sławę. A nie są to tylko kilimy czy gobeliny, ale dzieła wielowymiarowe o dużej kubaturze.

Ale po kolei.

Magdalena Abakanowicz urodziła się w 1930 roku w Falentach niedaleko Warszawy. Mówiła o sobie, że była inna, była samotnym dzieckiem

„Taka się urodziłam – wyjaśniała Jakubowi Janiszewskiemu w wywiadzie radiowym udzielonym TOK FM. Zanim nauczyłam się posługiwać sprawnie palcami, brałam w dłonie jakieś przedmioty i wiązałam je ze sobą. Tylko ja wiedziałam, dlaczego ten patyk z tym kawałkiem gliny są jedną rzeczą. Bez przerwy grzebałam w ziemi, zajmowałam się lepieniem i tworzeniem przedmiotów o mnie tylko wiadomych znaczeniach. Robiłam w pokoju dziecinnym straszny bałagan, więc rodzice podczas porządków to wszystko wyrzucali, a ja wygrzebywałam ze śmietnika co ważniejsze rzeczy”.

Po ukończeniu szkoły podstawowej zdawała do liceum plastycznego, gdzie już na wstępie powiedziano jej, że na rzeźbę to ona się nie nadaje. Zajęła się malarstwem. Malowała obrazy surrealistyczne.

Na studiach często głodowała, ale trzymała wewnętrzną dyscyplinę, która wpoili jej rodzice i nie myślała, by w tych trudnych warunkach studia przerwać. O sztuce wyrażała się, że jest stanem psychicznym, stanem ducha, przypadłością, z którą trzeba żyć. Traktowała sztukę jako wręcz przywarę, z którą trzeba sobie radzić. Powinna dawać do myślenia, ale nie może być użyteczna.

„Sztuka pozostanie najbardziej zdumiewającą działalnością człowieka, zrodzoną z bezustannych zmagań rozumu z szaleństwem, marzenia z rzeczywistością…” - brzmiał jej artystyczny manifest.

Kiedy wyszła za mąż i zamieszkała z mężem w małej kawalerce, zaczęła malować duże obrazy, między którymi się przechadzała- dawało jej to poczucie przestrzeni. To w tych latach zatęskniła za wielowymiarowością, bo obrazy wydawały jej się zbyt płaskie. Zaczęła tkać i zszywać kawałki utkanych tkanin. Powstawały miękkie rzeźby- „antyrzeźby” jak je nazywała.

Te reliefowe płótna nazwała „abakanami” i uważała je za doskonałą przestrzeń do kontemplacji. Była to sztuka innowacyjna- nikt wtedy takich rzeźb nie wykonywał. I te tkane formy przestrzenne, jej artystyczne oryginalne odkrycie, przyjęło nazwę od niej nazwę.

„Abakan jest wymagający. Potrzebuje szczególnej troskliwości i szczególnej ekspozycji. Nie nadaje się na ścianę, do dekoracji. Do niczego się nie nadaje” -twierdziła artystka.

W katalogu jednej z wystaw Magdaleny Abakanowicz, Ewa Hornowska napisała o Abakanach tak: „To samoistne twory, zawieszone swobodnie w przestrzeni, bez ścian w roli tła bądź podpory, zapętlone w środku, a przy tym otwarte, dostępne zmysłom ze wszystkich stron, również od wewnątrz”

Abakany (i inne prace- rzeźby) artystki były wystawiane na wielu wystawach oraz biennale. Jednym, z pierwszych, w których Abakanowicz uczestniczyła, odbyło się w Lozannie w 1962 roku. Zaprezentowała wtedy „Kompozycję białych form”. Były to jeszcze płaskie gobeliny, jednak miały one już elementy reliefowe. Prace wzbudziły zachwyt ale i kontrowersje. Zachwycała nie tylko forma prac, ale również ich kolorystyka- odcienie bieli, beżu, szarości oraz sepii.

Trzy lata później na wystawie w São Paulo, formy przestrzenne Abakanowicz wzbudziły sensacje, a ona sama zdobyła za nie złoty medal. Tym samym otworzyły się przed nią drzwi światowych sal wystawienniczych. Sama zaś stała się artystką rozpoznawalną.

Po okresie tworzenia abakanów, artystka zajęła się tworzenie rzeźb, głównie postaci ludzkich. A po tym etapie tworzyła rzeźby głównie z konarów i pni drzew ściętych przez drogowców. Wykonywała również formy przestrzenne z odlewów żeliwnych.

Na prośbę mieszkańców Hiroszimy, wykonała 40 postaci, odlanych z brązu. Postawiono je na wzgórzu, jako pomnik upamiętniający ofiary wybuchu bomby jądrowej.

Zajęła się także tworzeniem choreografii dla tancerzy polskich oraz japońskich, którzy specjalizowali się w tańcu butoh. I to jeszcze nie koniec działalności Abakanowicz na niwie artystycznej- w ramach uczestnictwa w konkursie, dotyczącym zaplanowania jednej z dzielnic Paryża, zaproponowała nowatorską wówczas koncepcję wybudowania kilku 25 piętrowych budynków, które miałyby kształty nawiązujące do drzew i oplecione byłyby od dołu do góry bujną roślinnością, posadzoną na różnych poziomach fasad. Stąd wzięła się nazwa tej koncepcji- architektura arborealna. Projektu nie zrealizowano z braku pieniędzy, ale jego wizjonerski charakter porównuje się do wizji Gaudiego.

Doceniam w niej tę artystyczną wszechstronność, mnie jednak najbardziej zainteresowała jej twórczość tkacka.

Już na początku zaprezentowania się pierwszych abakanów, powstał problem nazewnictwem, dotyczącym tych form artystycznych.

„W recepcji twórczości Magdaleny Abakanowicz od samego początku powracał ten sam problem – jak właściwie nazwać jej prace. Krytycy prześcigali się w tworzeniu określeń, które pozwoliłyby umieścić jej dzieła poza granicami tradycyjnego tkactwa. Pisano o „anty-tkaninach”, „rzeźbach w tkaninie”, „tkanych obrazach”. Przydawano im kolejne przymiotniki, próbowano uczynić z jej prac obiekty z kategorii „wielkiej sztuki” – obrazy, później rzeźby – ale abakany, choć zapożyczały niekiedy wyrazy z języka rzeźby czy malarstwa, pozostawały tkaninami. Wyjątkowymi, na wskroś nowatorskimi – ale tkaninami. Tylko i aż.

„Sama artystka chciała przede wszystkim uniknąć miana „tkaczki” – z czasem coraz bardziej. Pytana o definicje, unikała jednoznacznych odpowiedzi. W ten sposób otwierała pole do interpretacji – i do dyskusji, która miała ciągnąć się przez następne lata. Abakany były zbyt monumentalne, zbyt cielesne, zbyt przestrzenne, by pozostać w obrębie tkaniny – ale zbyt organiczne, by całkowicie wpisać je w rzeźbę. W tym wszystkim często odmawiano tkaninie prawa do samodzielności – jakby mogła istnieć tylko poprzez odniesienie do innych dziedzin. Abakanowicz była jedną z pierwszych artystek, które tę hierarchię odwróciły. W pewnym momencie problem ten się jednak skończył, o co zadbała sama artystka, zwracając się w połowie lat 70. ku pracom, które już bez cienia wątpliwości odbierane i opisywane mogły być jako rzeźby. (…)

(…) Na początku drogi twórczej Abakanowicz była więc głównie „tkaczką–malarką”, przynajmniej w recepcji krytycznej. Miała jednak uwolnić tkaninę od „niewzruszonej zależności od malarstwa”. Im dalej, odważniej artystka wychodzi w przestrzeń ze swoimi pracami, tym bardziej staje się „tkaczką–rzeźbiarką”.

I trochę o technice tworzenia abakanów.

„Abakan to wyjątkowa forma rzeźbiarska, połączenie tkaniny i rzeźby. Abakany nie są wykonane z twardych materiałów jak klasyczna rzeźba. Nie są również płaskie jak dzieło wykonane z tkaniny. Abakan, potocznie określany jako miękka rzeźba, wykonany jest z grubo tkanych sizalowych splotów. Abakanowicz, przy tworzeniu, dzieliła włókna na cieńsze pasma, następnie barwiła je i suszyła. Potem, tkała z nich na krośnie swoje abakany. Cały ten proces sprawiał, że w trakcie tworzenia przypominały one kształtem gobeliny, czyli płaskie tkaniny. Sposób prowadzenia włókna jest poziomy, równoległy. Wszelkie łączenia materiału są niewidoczne. Po zszyciu wszystkich elementów, Abakanowicz nadawała im przestrzenną formę.

O ile technika tkacka jest dosyć prosta, to nie wyobrażam sobie tkania wątku przędzą sizalową. No nie wiem, w sumie to nie miałam przędzy sizalowej w ręce. Kojarzy mi się ona z przędzą konopną lub jutową, a te są raczej szorstkie. Na pewno sznurek jest nieprzyjemny w dotyku. A z drugiej strony, coraz częściej czytam o ubraniach z tkaniny konopnej, czyli nici powinny być miękkie. A może spróbować?

Abakany można zobaczyć na prezentacji- koniecznie na dużym ekranie.




https://www.tygodnikprzeglad.pl/sztuka-moj-swiat-wyobrazni/

https://niezlasztuka.net/o-sztuce/magdalena-abakanowicz-artystka-osobna/

https://culture.pl/pl/artykul/nieznosny-ciezar-abakanow

https://www.abakanowicz3d.pl/modele-3d/abakan/


niedziela, 22 lutego 2026

Dziergam, dziergam- kocyk rośnie. oraz o zmaganiach z oporną materią

 Tydzień temu uszkodziłam kciuk lewej ręki. Skończyło się na szyciu i szpili podtrzymującej (wbitej w opuszek). Nie boli, ale mam trudności przy robótkach.


Tkanie idzie słabo, jednak dzierganie na krośnie nawet nieźle wychodzi. Pisanie na kompie również, dlatego wklejam post o technicznych sprawach, dotyczących dziergania na krośnie.  

Kiedy kończyłam poprzednie elementy kocyka (udziergane paski), trzeba było odpowiednio łapać oczka- tak jak przy dzierganiu na drutach kończy się brzeg  element robótki. Nie popatrzyłam dokładnie, z której strony zaczynamy dzierganie oczek kończących i popłynęłam. Zrzuciłam wszystkie oczka, jak należy, doszłam do końca i zostało mi oczko luźne. W poprzednich dwóch pasach to się to nie zdarzyło. No i co teraz z nim zrobić? Moja wina, bo film pokazuje odkąd zaczynać, ale uznałam, że nie ma znaczenia, od której strony zacząć zrzucanie oczek. A jednak ma.

Przyszyłam je dodatkową nitką do dzianiny- błędu nie widać, ale niesmak został.  Znowu Jakółka poleciała na skróty, zamiast dokładnie wszystko sprawdzić. 

Jeszcze raz tak, jak na filmie.

Kończąc dzierganie, zaczynamy zrzucać oczka od tej strony, gdzie zostało jedno oczko na kołku (od niego zaczynamy), a na przeciwległym końcu krosna mamy nić od motka. Wtedy jak zrzucimy wszystkie oczka, nić przewlekamy przez ostatnie oczko i zaciskamy. Nic nam się nie spruje.

Tu już końcowe oczka.

  

Przy zakończaniu ważne jest, by oczko, które podbieramy od dołu przesunąć przez środek górnego oczka. Dolne oczko musi znaleźć się w tym górnym. Wtedy dolne oczko przeciągamy i zawieszamy na nowym kołku i znów dolne oczko musi się przesunąć przez górne od środka (podbieramy je od dołu przy krawędzi kołka). To tak jak przy robótce drutami. Oczko górne musi zawisnąć na oczku dolnym w przeciwnym razie ono się spruje. 

Oczko, które mamy na igle, narzucamy na następny kołek (przeciwległy).



I znów podbieramy dolne oczko tak, by weszło w środek górnego, potem przeciągamy. To wiszące nakładamy na następny kołek przeciwległy- na kołku są znów dwa oczka.

I tak do końca- zostanie nam jedno oczko na igle oraz nić z motka. 
Odcinamy nić z motka i przewlekamy przez oczko

Zaciskamy, możemy zrobić dodatkowo supełek. 
Za każdym razem, kiedy kończymy lub łączymy nici (kolory), należy zostawić dłuższą nić, by ją potem wpleść w tkaninę (chowamy końcówki)

I dygresja. Na polskich blogach tkackich, mało jest wskazówek dotyczących detali. Więcej znajduję na blogach zagranicznych. A na polskich blogach informacji, o niuansach w dzierganiu na krośnie dziewiarskim, nie ma w ogóle. Pomijam już fakt, że takich blogów jest mało i głównie dotyczą dziergania na obręczy. Owszem, jest mnóstwo filmów na YT, jednak w j. angielskim i nie zawsze dobrze widać, jak sobie radzić z trudnościami. Polskich jest tylko parę.

Dlatego znowu sama musiałam sobie radzić, w jaki sposób zakończyć to wystające oczko.

Ja tego nie rozumiem- panie na zagranicznych blogach też organizują kursy płatne, warsztaty, a mimo to dzielą się swoją obszerną widzą na swoich blogach. Pokazują dokładnie jak co zrobić, są zdjęcia, czasem filmik. Na polskich? Zapomnij. A przecież kogo stać, to i tak kupi kurs, bo wtedy instruktor podchodzi indywidualnie do ucznia i nauka jest łatwiejsza. 

 I wracam do "potknięcia" przy kończeniu.

Jeżeli kończymy z drugiej strony, tak, jak mi się przytrafiło, zostaje nam oczko i wplatamy je szydełkiem w resztę dzianiny tak, by się nie spruło. Możemy również przewlec przez nie nić i tę nić wpleść w dzianinę. Można również oczko zszyć. Wszystko można, ale najlepiej pilnować porządku dziergania i kończenia.

I jeszcze jedna techniczna uwaga, dotycząca dziergania.

 Przy nawijaniu kolejnego rzędu dobrze jest przypilnować sobie, by to górne oczko było rzeczywiście nad dolnym, a nie pod, bo potem są trudności z podbieraniem dolnego czka. Dlatego należy po nawinięciu dolnego rzędu oczek, docisnąć je do listwy, a górne zaplatać pod łepkiem kołka. To jest ułatwienie pracy, chociaż trwa ona trochę dłużej.

Teraz dziergam drugi dywanik z pasów. Zostało mi jeszcze sporo włóczki, to ją wykorzystuję. Tym razem nawijam oczka na każdy słupek (poprzedni włóczkę nawijałam na co drugi słupek).

Dzianina jest piękna- równa, puszysta, miękka. 

Jeden kolor- jeden motek I tu zdziwienie- elementy nie są równej wielkości, a motki mają tę samą gramaturę, nic te samą grubość, splot jest równy, ta sama nazwa, ten sam producent. Elementy oliwkowy i ciemny fiolet ( po prawej stronie) wyraźnie są mniejsze od pozostałych. 
 

Udziergałam już dwa pasy 95/40 centymetrów. W planach są jeszcze trzy takie pasy (jak mi starczy włóczki o takiej grubości)

Miałam w planach uzupełniać haft na bluzce, ale wyszło, jak wyszło. Wkurzona jestem.

W tym tygodniu kontrola i ewentualne wyjęcie szwów, a potem jeszcze 3 tygodnie w usztywnieniu.