Od
początku ten gobelin sprawiał mi kłopoty. Najpierw chciałam utkać
wzór kwiatowy. Miał być nieduży. Naciągnęłam osnowę na ramkę,
zrobiłam frędzle, podpięłam kartkę ze wzorem i spostrzegłam, że
w osnowie ma zbyt duże "Pi"- to znaczy odstępy między nitkami-
taki wzór się nie utka. Za późno zorientowałam się, że na
osnowę wzięłam cienki sznurek zamiast grubszego- odstępy na
ramce są co 1 centymetr. Wtedy lepiej brać na osnowę grubszy
sznurek- tworzy się gęściejsza osnowa.
No
dobra, to co w takim razie utkać? Mam różnej grubości przędzę,
w tym taką, co co kawałek jest inna (wykorzystałam ją do tkania
na tamborku). Pomyślałam, że utkam taką przędzą wzory
geometryczne. Kawałek zrobiłam, wyprułam- brzydko to wyglądało,
bo cienkie nitki układały się inaczej niż te grube.
Mogłam
osnowę odciąć i ponownie naciągnąć grubszy sznurek, ale zrobiło
mi się żal, bo frędzle mi się bardzo podobały- szkoda przędzy.
Pokombinowałam
i postanowiłam najpierw utkać tło, a na gładkim gobelinie naszyć
ściegiem couching drzewo. Ale ze mną jest tak, że w trakcie
haftowania lub tkania pomysły się mi zmieniają.
Drzewo?
Sorry, ale takich gobelinów z drzewem jest sporo. Jeszcze jeden?
No nie, może coś innego? Może kwiaty? Ostatecznie padło na pawia.
Jednak
paw ma być pawiem, czyli dumny, kolorowy i nietuzinkowy. Zatem
przędza też ma być nietuzinkowa- no i strzeliło mi do głowy
wykorzystać nić z kolorowymi nopkami do wyhaftowania tułowia
ptaszora. Ale najpierw musiałam wymyślić naniesienie wzoru na tło
gobelinu- to jest przędza owcza, mechata, gruba i szorstka.
Wycięłam,
ze wzoru na kartce, tułów pawia, przyłożyłam go do tła,
obrysowałam. Brzucho wyszło grubaśne, jak u kury nioski. Trochę
mnie to zniechęciło, ale zbuntowałam się- to jest przecież mój
autorski paw, dlaczego nie może być grubaśny, odrealniony. Niech
już taki zostanie. Zaczęłam haftować tą nitką z nopkami.
Problem w tym, że gobelin tkałam grubą podwójną przędzą i te
nopki wpadały między nitki wątku, gubiły się. Co się
namęczyłam, to moje, ale w sumie jestem z tego grubasa zadowolona.
A poza tym, następne doświadczenie, z haftem i tkaniem gobelinów,
za mną, co uważam za cenną zdobycz.
Nanoszenie
wzoru ogona zrobiłam w inny sposób i teraz żałuję, że od razu
na to nie wpadłam. Naniosłam wzór na cienką flizelinę, którą
przyfastrygowałam do gobelinu i haftowanie poszło
szybciej oraz było dokładniejsze. Flizelinę potem usunęłam.
A jednak, ten gruby wątek
stwarzał problemy, bo nitki haftu, podczas haftowania ogona, też
wpadały między nitki wątku.
Długo
zastanawiałam się, czym haftować pawia. Mulina mi nie pasowała,
kordonek tym bardziej. Jedynie cienka przędza wchodziła w rachubę.
Na szczęście moje zapasy przędzy są dosyć spore- znalazła się
taka cieniutka i to nawet w kolorach pawich. Do tego nitka
metalizowana także w pawich kolorach oraz metalizowana złota nić.
Muliną wyhaftowałam jedynie nogi pawia i jego dziób. Oko zrobiłam
z koralik. Koralikowa jest również korona ptaka oraz wszyłam
koraliki w oka ogona.
Wykończyłam
tradycyjnie- od dołu i od góry zrobiłam zarobienie, po
zakończeniu tkania odcięłam osnowę, związałam osnowę w pęczki,
przycięłam na lewej stronie nitki wątku na 1 centymetr,
przeprasowałam całość przez wilgotną ściereczkę, podgięłam
zarobienie, wsunęłam pod nie pęczki osnowy i przyszyłam je zwykłą
nicią do gobelinu. Gobelin zawiesiłam na drewniany drążku w
trzech miejscach.
Gdybym
miała jeszcze raz haftować na utkanym tle, to zrobiłabym podkład
z gęściejszej osnowy i cieńszego wątku- haft pewnie lepiej byłby
widoczny i lepiej by się go robiła. Pewnie i więcej detali można
by wtedy nahaftować.
Pierwsza
tego rodzaju praca za mną. Może będzie następna. Na razie kończę
różne ufoki i czeka na mnie szycie chodniczka.
Wielkość:
cały
22 X 40 centymetry ( z frędzlami),
gobelin
22 X 23 centymetry.
Materiały:
sznurek
1 milimetr,
przędza
owcza: wątek/tło,
przędza
owcy Shetland- melanż: frędzle,
przędza
owcy shetland – różne kolory: haft,
nić
metalizowana żółta i kolorowa,
nić
z kolorowymi nopkami (wyrób marki Kokonki),
koraliki,
listewka
drewniana do zwieszenia,
mała
ramka tkacka z odstępami na osnowę co 1 centymetr,
Magdalena
Abakanowicz jest dla mnie artystką- „tajemnicą”. Niby sporo o
niej wiem, znam jej różne dzieła, ale zawsze, kiedy o niej myślę,
to zastanawiam się nad jej postrzeganiem świata, przedmiotów,
ludzi.
Mogłabym
tak powiedzieć o większości znanych mi artystów, a jednak
dziedzina, w której artystycznie poruszała się Abakanowicz jest
niejednoznaczna. Tu się nie da tak wyrazić swego przesłania, jak
np. w malarstwie, czy rzeźbie (nie piszę tu teraz o sztuce
abstrakcyjnej). Oczywiście można teraz zaprotestować, bo w sztuce
przeważnie spotykamy się z brakiem jednoznaczności, z brakiem
wyraźnego przesłania, o ile artysta dokładnie nie nazwie swojego
dzieła lub dzieło nie jest tak realistyczne, że bez jakiegoś
wielkiego wysiłku i domysłów, wiemy o co chodzi.,
Piszę
o tkactwie Abakanowicz,które mnie zafascynowało. Ta dziedzina
twórczości jest mi coraz bliższa i coraz więcej o niej wiem.
Dlatego zdaję sobie sprawę z tego, jak wielką artystką trzeba
być, by tworzyć tkane dzieła sztuki, które zyskały
międzynarodową sławę. A nie są to tylko kilimy czy gobeliny, ale
dzieła wielowymiarowe o dużej kubaturze.
Ale
po kolei.
Magdalena
Abakanowicz urodziła się w 1930 roku w Falentach niedaleko
Warszawy. Mówiła o sobie, że była inna, była samotnym dzieckiem
„Taka
się urodziłam – wyjaśniała Jakubowi Janiszewskiemu w wywiadzie
radiowym udzielonym TOK FM. Zanim nauczyłam się posługiwać
sprawnie palcami, brałam w dłonie jakieś przedmioty i wiązałam
je ze sobą. Tylko ja wiedziałam, dlaczego ten patyk z tym kawałkiem
gliny są jedną rzeczą. Bez przerwy grzebałam w ziemi, zajmowałam
się lepieniem i tworzeniem przedmiotów o mnie tylko wiadomych
znaczeniach. Robiłam w pokoju dziecinnym straszny bałagan, więc
rodzice podczas porządków to wszystko wyrzucali, a ja wygrzebywałam
ze śmietnika co ważniejsze rzeczy”.
Po
ukończeniu szkoły podstawowej zdawała do liceum plastycznego,
gdzie już na wstępie powiedziano jej, że na rzeźbę to ona się
nie nadaje. Zajęła się malarstwem. Malowała obrazy
surrealistyczne.
Na
studiach często głodowała, ale trzymała wewnętrzną dyscyplinę,
która wpoili jej rodzice i nie myślała, by w tych trudnych
warunkach studia przerwać. O sztuce wyrażała się, że jest stanem
psychicznym, stanem ducha, przypadłością, z którą trzeba żyć.
Traktowała sztukę jako wręcz przywarę, z którą trzeba sobie
radzić. Powinna dawać do myślenia, ale nie może być użyteczna.
„Sztuka
pozostanie najbardziej zdumiewającą działalnością człowieka,
zrodzoną z bezustannych zmagań rozumu z szaleństwem, marzenia z
rzeczywistością…” - brzmiał jej artystyczny manifest.
Kiedy
wyszła za mąż i zamieszkała z mężem w małej kawalerce, zaczęła
malować duże obrazy, między którymi się przechadzała- dawało
jej to poczucie przestrzeni. To w tych latach zatęskniła za
wielowymiarowością, bo obrazy wydawały jej się zbyt płaskie.
Zaczęła tkać i zszywać kawałki utkanych tkanin. Powstawały
miękkie rzeźby- „antyrzeźby” jak je nazywała.
Te
reliefowe płótna nazwała „abakanami” i uważała je za
doskonałą przestrzeń do kontemplacji. Była to sztuka innowacyjna-
nikt wtedy takich rzeźb nie wykonywał. I te tkane formy
przestrzenne, jej artystyczne oryginalne odkrycie, przyjęło nazwę
od niej nazwę.
„Abakan
jest wymagający. Potrzebuje szczególnej troskliwości i szczególnej
ekspozycji. Nie nadaje się na ścianę, do dekoracji. Do niczego się
nie nadaje” -twierdziła artystka.
W
katalogu jednej z wystaw Magdaleny Abakanowicz, Ewa Hornowska
napisała o Abakanach tak: „To samoistne twory, zawieszone
swobodnie w przestrzeni, bez ścian w roli tła bądź podpory,
zapętlone w środku, a przy tym otwarte, dostępne zmysłom ze
wszystkich stron, również od wewnątrz”
Abakany
(i inne prace- rzeźby) artystki były wystawiane na wielu wystawach
oraz biennale. Jednym, z pierwszych, w których Abakanowicz
uczestniczyła, odbyło się w Lozannie w 1962 roku. Zaprezentowała
wtedy „Kompozycję białych form”. Były to jeszcze płaskie
gobeliny, jednak miały one już elementy reliefowe. Prace wzbudziły
zachwyt ale i kontrowersje. Zachwycała nie tylko forma prac, ale
również ich kolorystyka- odcienie bieli, beżu, szarości oraz
sepii.
Trzy
lata później na wystawie w São Paulo, formy przestrzenne
Abakanowicz wzbudziły sensacje, a ona sama zdobyła za nie złoty
medal. Tym samym otworzyły się przed nią drzwi światowych sal
wystawienniczych. Sama zaś stała się artystką rozpoznawalną.
Po
okresie tworzenia abakanów, artystka zajęła się tworzenie rzeźb,
głównie postaci ludzkich. A po tym etapie tworzyła rzeźby głównie
z konarów i pni drzew ściętych przez drogowców. Wykonywała
również formy przestrzenne z odlewów żeliwnych.
Na
prośbę mieszkańców Hiroszimy, wykonała 40 postaci, odlanych z
brązu. Postawiono je na wzgórzu, jako pomnik upamiętniający
ofiary wybuchu bomby jądrowej.
Zajęła
się także tworzeniem choreografii dla tancerzy polskich oraz
japońskich, którzy specjalizowali się w tańcu butoh. I to jeszcze
nie koniec działalności Abakanowicz na niwie artystycznej- w ramach
uczestnictwa w konkursie, dotyczącym zaplanowania jednej z dzielnic
Paryża, zaproponowała nowatorską wówczas koncepcję wybudowania
kilku 25 piętrowych budynków, które miałyby kształty nawiązujące
do drzew i oplecione byłyby od dołu do góry bujną roślinnością,
posadzoną na różnych poziomach fasad. Stąd wzięła się nazwa
tej koncepcji- architektura arborealna. Projektu nie zrealizowano z
braku pieniędzy, ale jego wizjonerski charakter porównuje się do
wizji Gaudiego.
Doceniam w niej tę
artystyczną wszechstronność, mnie jednak najbardziej
zainteresowała jej twórczość tkacka.
Już
na początku zaprezentowania się pierwszych abakanów, powstał
problem nazewnictwem, dotyczącym tych form artystycznych.
„W
recepcji twórczości Magdaleny Abakanowicz od samego początku
powracał ten sam problem – jak właściwie nazwać jej prace.
Krytycy prześcigali się w tworzeniu określeń, które pozwoliłyby
umieścić jej dzieła poza granicami tradycyjnego tkactwa. Pisano o
„anty-tkaninach”, „rzeźbach w tkaninie”, „tkanych
obrazach”. Przydawano im kolejne przymiotniki, próbowano uczynić
z jej prac obiekty z kategorii „wielkiej sztuki” – obrazy,
później rzeźby – ale abakany, choć zapożyczały niekiedy
wyrazy z języka rzeźby czy malarstwa, pozostawały tkaninami.
Wyjątkowymi, na wskroś nowatorskimi – ale tkaninami. Tylko i aż.
„Sama
artystka chciała przede wszystkim uniknąć miana „tkaczki” –
z czasem coraz bardziej. Pytana o definicje, unikała jednoznacznych
odpowiedzi. W ten sposób otwierała pole do interpretacji – i do
dyskusji, która miała ciągnąć się przez następne lata. Abakany
były zbyt monumentalne, zbyt cielesne, zbyt przestrzenne, by
pozostać w obrębie tkaniny – ale zbyt organiczne, by całkowicie
wpisać je w rzeźbę. W tym wszystkim często odmawiano tkaninie
prawa do samodzielności – jakby mogła istnieć tylko poprzez
odniesienie do innych dziedzin. Abakanowicz była jedną z pierwszych
artystek, które tę hierarchię odwróciły. W pewnym momencie
problem ten się jednak skończył, o co zadbała sama artystka,
zwracając się w połowie lat 70. ku pracom, które już bez cienia
wątpliwości odbierane i opisywane mogły być jako rzeźby. (…)
(…)
Na początku drogi twórczej Abakanowicz była więc głównie
„tkaczką–malarką”, przynajmniej w recepcji krytycznej. Miała
jednak uwolnić tkaninę od „niewzruszonej zależności od
malarstwa”. Im dalej, odważniej artystka wychodzi w przestrzeń ze
swoimi pracami, tym bardziej staje się „tkaczką–rzeźbiarką”.
I
trochę o technice tworzenia abakanów.
„Abakan
to wyjątkowa forma rzeźbiarska, połączenie tkaniny i rzeźby.
Abakany nie są wykonane z twardych materiałów jak klasyczna
rzeźba. Nie są również płaskie jak dzieło wykonane z tkaniny.
Abakan, potocznie określany jako miękka rzeźba, wykonany jest z
grubo tkanych sizalowych splotów. Abakanowicz, przy tworzeniu,
dzieliła włókna na cieńsze pasma, następnie barwiła je i
suszyła. Potem, tkała z nich na krośnie swoje abakany. Cały ten
proces sprawiał, że w trakcie tworzenia przypominały one kształtem
gobeliny, czyli płaskie tkaniny. Sposób prowadzenia włókna jest
poziomy, równoległy. Wszelkie łączenia materiału są
niewidoczne. Po zszyciu wszystkich elementów, Abakanowicz nadawała
im przestrzenną formę.
O
ile technika tkacka jest dosyć prosta, to nie wyobrażam sobie
tkania wątku przędzą sizalową. No nie wiem, w sumie to nie miałam
przędzy sizalowej w ręce. Kojarzy mi się ona z przędzą konopną
lub jutową, a te są raczej szorstkie. Na pewno sznurek jest
nieprzyjemny w dotyku. A z drugiej strony, coraz częściej czytam o
ubraniach z tkaniny konopnej, czyli nici powinny być miękkie. A
może spróbować?
Abakany można zobaczyć na prezentacji- koniecznie na dużym ekranie.
Tydzień temu uszkodziłam kciuk lewej ręki. Skończyło się na szyciu i szpili podtrzymującej (wbitej w opuszek). Nie boli, ale mam trudności przy robótkach.
Tkanie idzie słabo, jednak dzierganie na krośnie nawet nieźle wychodzi. Pisanie na kompie również, dlatego wklejam post o technicznych sprawach, dotyczących dziergania na krośnie.
Kiedy kończyłam poprzednie elementy kocyka (udziergane paski), trzeba było odpowiednio łapać oczka- tak jak przy dzierganiu na drutach kończy się brzeg element robótki. Nie popatrzyłam dokładnie, z której strony zaczynamy dzierganie oczek kończących i popłynęłam. Zrzuciłam wszystkie oczka, jak należy, doszłam do końca i zostało mi oczko luźne. W
poprzednich dwóch pasach to się to nie zdarzyło. No i co teraz z nim zrobić? Moja
wina, bo film pokazuje odkąd zaczynać, ale uznałam, że nie ma
znaczenia, od której strony zacząć zrzucanie oczek. A jednak ma.
Przyszyłam je dodatkową nitką do dzianiny- błędu nie widać, ale niesmak został. Znowu Jakółka poleciała na skróty, zamiast dokładnie wszystko sprawdzić.
Jeszcze
raz tak, jak na filmie.
Kończąc
dzierganie, zaczynamy zrzucać oczka od tej strony, gdzie zostało
jedno oczko na kołku (od niego zaczynamy), a na przeciwległym końcu krosna mamy nić od motka. Wtedy jak zrzucimy wszystkie oczka, nić
przewlekamy przez ostatnie oczko i zaciskamy. Nic nam się nie
spruje.
Tu już końcowe oczka.
Przy
zakończaniu ważne jest, by oczko, które podbieramy od dołu
przesunąć przez środek górnego oczka. Dolne oczko musi znaleźć się w
tym górnym. Wtedy dolne oczko przeciągamy i zawieszamy na nowym kołku i znów
dolne oczko musi się przesunąć przez górne od środka (podbieramy
je od dołu przy krawędzi kołka). To tak jak przy robótce drutami.
Oczko górne musi zawisnąć na oczku dolnym w przeciwnym razie ono
się spruje.
Oczko, które mamy na igle, narzucamy na następny kołek (przeciwległy).
I znów podbieramy dolne oczko tak, by weszło w środek górnego, potem przeciągamy. To wiszące nakładamy na następny kołek przeciwległy- na kołku są znów dwa oczka.
I tak do końca- zostanie nam jedno oczko na igle oraz nić z motka.
Odcinamy nić z motka i przewlekamy przez oczko
Zaciskamy, możemy zrobić dodatkowo supełek.
Za każdym razem, kiedy kończymy lub łączymy nici (kolory), należy zostawić dłuższą nić, by ją potem wpleść w tkaninę (chowamy końcówki)
I
dygresja. Na polskich blogach tkackich, mało jest wskazówek
dotyczących detali. Więcej znajduję na blogach zagranicznych. A na
polskich blogach informacji, o niuansach w dzierganiu na krośnie
dziewiarskim, nie ma w ogóle. Pomijam już fakt, że takich
blogów jest mało i głównie dotyczą dziergania na obręczy.
Owszem, jest mnóstwo filmów na YT, jednak w j. angielskim i nie
zawsze dobrze widać, jak sobie radzić z trudnościami. Polskich
jest tylko parę.
Dlatego
znowu sama musiałam sobie radzić, w jaki sposób zakończyć to
wystające oczko.
Ja tego nie rozumiem- panie na zagranicznych blogach też organizują kursy płatne, warsztaty, a mimo to dzielą się swoją obszerną widzą na swoich blogach. Pokazują dokładnie jak co zrobić, są zdjęcia, czasem filmik. Na polskich? Zapomnij. A przecież kogo stać, to i tak kupi kurs, bo wtedy instruktor podchodzi indywidualnie do ucznia i nauka jest łatwiejsza.
I wracam do "potknięcia" przy kończeniu.
Jeżeli
kończymy z drugiej strony, tak, jak mi się przytrafiło, zostaje
nam oczko i wplatamy je szydełkiem w resztę dzianiny tak, by się
nie spruło. Możemy również przewlec przez nie nić i tę nić
wpleść w dzianinę. Można również oczko zszyć. Wszystko można,
ale najlepiej pilnować porządku dziergania i kończenia.
I jeszcze jedna techniczna uwaga, dotycząca dziergania.
Przy
nawijaniu kolejnego rzędu dobrze jest przypilnować sobie, by to
górne oczko było rzeczywiście nad dolnym, a nie pod, bo potem są
trudności z podbieraniem dolnego czka. Dlatego należy po
nawinięciu dolnego rzędu oczek, docisnąć je do listwy, a górne
zaplatać pod łepkiem kołka. To jest ułatwienie pracy, chociaż
trwa ona trochę dłużej.
Teraz dziergam drugi dywanik z pasów. Zostało mi jeszcze sporo włóczki, to ją wykorzystuję. Tym razem nawijam oczka na każdy słupek (poprzedni włóczkę nawijałam na co drugi słupek).
Dzianina jest piękna- równa, puszysta, miękka.
Jeden kolor- jeden motek I tu zdziwienie- elementy nie są równej wielkości, a motki mają tę samą gramaturę, nic te samą grubość, splot jest równy, ta sama nazwa, ten sam producent. Elementy oliwkowy i ciemny fiolet ( po prawej stronie) wyraźnie są mniejsze od pozostałych.
Udziergałam już dwa pasy 95/40 centymetrów. W planach są jeszcze trzy takie pasy (jak mi starczy włóczki o takiej grubości)
Miałam w planach uzupełniać haft na bluzce, ale wyszło, jak wyszło. Wkurzona jestem.
W tym tygodniu kontrola i ewentualne wyjęcie szwów, a potem jeszcze 3 tygodnie w usztywnieniu.
Wszystkie dotychczas utkane kolorowe pasiaki, tkałam włóczką, która niezbyt nadaje się do
tkania gobelinów. Już pisałam, że mam takiej włóczki bardzo
dużo. Dziewiarki by się ucieszyły- włóczka miękka, śliska, na
drutach dobrze leży. Na drutach tak, na szydełku również, ale do
tkania gobelinów się nie nadaje. To znaczy, jakbym się uparła, to
pewnie jakoś by się nią tkało, ale ja nie chcę upierać się a
potem męczyć. Dlatego tkam nią pasiaki- chodniczki i chcę ją, jak
najszybciej, wyrobić.
Jest
miękka, bardzo naciąga się, źle się ubija. Mam takiej włóczki
jeszcze sporo.
Zajmuje dużo miejsca, jest różnej grubości, w składzie ma mało
naturalnej wełny. Równocześnie uzupełniam zapasy przędzy
tkackiej, takiej, którą można tkać gobelin bez denerwowania się,
że coś z powodu źle dobranego wątku, nie wyjdzie. Pozbywam się
też włóczki, która ma paseczki różnokolorowe (jedna ma równej
długości, inna paski różnej długości). To nie jest melanż, a
nawet nie ombre. Nadaje się ona do tkania tylko wzorów geometryczny
oraz pasków.
Ten
pasiak ma paski na całej szerokości osnowy. Po prostu lecą sobie
kolorami. Paski wyszły ładnie, dosyć równo i szybko się, w ten sposób, tkało.
Jeszcze na ramie.
I gotowy
Następny
pasiak przyprawił mnie o ból głowy. Ponieważ nie chciałam
powtarzać takich pasków, jak na poprzednim, postanowiłam podzielić
szerokość osnowy na trzy części i każdą część tkać wątkiem
innego koloru. Te części miały być nierównej szerokości, natomiast grubość paska miała wynosić 4 x długość (2 razy w
prawo, 2 razy w lewo przez osnowę). No i wpuściłam się w maliny.
Nie dość, że trzeba było ciągle zmieniać kolor przędzy, to
jeszcze łączenia kolorów nie wychodziły równo, bo włóczka
miała różną grubość (niektórej brałam podwójne nitki, by nierówności wyrównć).
Tu widać różną grubość włóczek i nierówności przy ich łączeniu.
Pocieszające jest to, że brzegi moich utkanek wychodzą już równe i nie pływają. Wszystko dlatego, że biorę trzy albo cztery brzegowe nici osnowy i traktuję je jako jedną przy oplataniu wątkiem. Wątek oplatam podwójnie wokół tych czterech nitek osnowy.
By
jakoś stabilizować tkaninę, tkałam naprzemiennie paski z tej
miękkiej włóczki z paskami włóczki mniej rozciągliwej oraz
włóczką tasiemkową podobną do sutaszu. I tkałam naprzemiennie
paski jednego koloru z paskami z włóczki różnokolorowej. Paski
kolorowe oddzielałam, od czasu do czasu, pakiem włóczki czarnej,
aby się zbyt kolory nie zlewały.
Na ramie.
Tu widać te nierówności przy łączeniu kolorów. Widać również źle zrobione zarobienie. Tkaczki radzą zarobienie dzielić na części, a jak podzieliłam to się rozjechało. Górne zrobiłam całe i wyszło super. Komu wierzyć?
To doświadczenie widocznie było mi potrzebne, bo doszłam do wniosku, że nie każdy sposób łączenia wychodzi ładnie. Nici w tym pasiaku próbowałam łączyć w sposób gobelinowy i się porobiło niefajnie.
Łączenie kolorów na sposób gobelinowy.
Najładniej jednak wychodzi łączenie techniką przesmyku. Trzeba tylko pamiętać, by niezbyt mocno naciągać nić wątku przy styku kolorów- może zrobić się widoczny przesmyk.
O coś takiego. Naciągałam ( przy nawrocie) te nici wątku, naciągałam i porobiły się dziury. teraz mocno się pilnuje przy łączeniu kolorów i są postępy.
Pilnowałam
również kładzenia wątku z zachowaniem „górki” (nitka nie
była napięta) oraz mocy ubijania- tym razem ubijałam na tyle, by
się skryły nitki osnowy i tkanina była zwarta, ale nie jest ona
twarda, jak wychodziło przy mocnym ubijaniu (np. w gobelinie z
tulipanami).
Po
utkaniu jednej trzeciej feralnego chodniczka, doszłam do wniosku, że oszaleję przy tym
ciągłym zmienianiu kolorów wątku, a sam chodniczek będę tkała
rok a może i dłużej. Zaczęłam tkać paski jednolitym kolorem na
całej szerokości osnowy i robota od razu ruszyła do przodu, a
chodnika zaczęło szybko przybywać. No, ale... no, ale .. ja zawsze
coś muszę, bo inaczej znudzę się okropnie- wróciłam do tych
trzech kolorystycznie części, by nawiązać do wzoru na dole
chodniczka. Jakiś czas męczyłam się tak, jak na początku. A potem
znów tkałam paski przez całą szerokość. I tak w bólach, przy
solidnym przeklinaniu, przy „Już, już, zaraz odetnę to draństwo
i trzepnę tym w kąt”, dotarłam z tkaniem do końca, czyli do
pełnej wysokości ramy.
Góra pasiaka- zarobienie i łańcuszek przytrzymujący nitki osnowy. Zarobienie tkałam ostrą wełnianą przędzą, natomiast łańcuszek zrobiłam z dratwy lnianej.
Chodnik
nieudany, ale pójdzie na podłogę i nie będzie tych błędów tak
widać. Najważniejsze, że znów ubyło mi paskudnej włóczki i
robi się miejsce w koszu na owczą przędzę, odpowiednią do
tkania.
Policzyłam, ile pasiaków już utkałam. Jest ich 4, słownie
cztery. Nie do wiary, a przecież zaczęłam tkać półtora roku
temu. Czy ktoś jeszcze pamięta mój pierwszy utkany okrągły dywanik? Kolorowy że hej, ale lekko krzywy i z niezbyt ładnym środkiem? Za to ma super frędzle (zakładka- okrągły tkany dywanik lub zakładka tkanie)😁😁😁
No i 6 gobelinów też już utkałam („Miasto nocą” poszło
do ludzi). I ciągle się uczę (jak ten poprzedni nieudany
prezydent), ciągle się uczę, i popełniam błędy, i naprawiam
błędy, i nadal przy tkaniu świetnie się bawię (poza małymi
wyjątkami).