Blog o moich zmaganiach z "oporną materią" podczas tworzenia różnego rękodzieła.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kilimki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kilimki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 stycznia 2026

Czasem słońce, czasem deszcz czyli następny pasiak utkany.

 

Wszystkie dotychczas utkane kolorowe pasiaki, tkałam włóczką, która niezbyt nadaje się do tkania gobelinów. Już pisałam, że mam takiej włóczki bardzo dużo. Dziewiarki by się ucieszyły- włóczka miękka, śliska, na drutach dobrze leży. Na drutach tak, na szydełku również, ale do tkania gobelinów się nie nadaje. To znaczy, jakbym się uparła, to pewnie jakoś by się nią tkało, ale ja nie chcę upierać się a potem męczyć. Dlatego tkam nią pasiaki- chodniczki i chcę ją, jak najszybciej, wyrobić.

Jest miękka, bardzo naciąga się, źle się ubija. Mam takiej włóczki jeszcze sporo. Zajmuje dużo miejsca, jest różnej grubości, w składzie ma mało naturalnej wełny. Równocześnie uzupełniam zapasy przędzy tkackiej, takiej, którą można tkać gobelin bez denerwowania się, że coś z powodu źle dobranego wątku, nie wyjdzie. Pozbywam się też włóczki, która ma paseczki różnokolorowe (jedna ma równej długości, inna paski różnej długości). To nie jest melanż, a nawet nie ombre. Nadaje się ona do tkania tylko wzorów geometryczny oraz pasków.

Ten pasiak ma paski na całej szerokości osnowy. Po prostu lecą sobie kolorami. Paski wyszły ładnie, dosyć równo i szybko się, w ten sposób, tkało.

Jeszcze na ramie. 

I gotowy 

Następny pasiak przyprawił mnie o ból głowy. Ponieważ nie chciałam powtarzać takich pasków, jak na poprzednim, postanowiłam podzielić szerokość osnowy na trzy części i każdą część tkać wątkiem innego koloru. Te części miały być nierównej szerokości, natomiast grubość paska miała wynosić 4 x długość (2 razy w prawo, 2 razy w lewo przez osnowę). No i wpuściłam się w maliny. Nie dość, że trzeba było ciągle zmieniać kolor przędzy, to jeszcze łączenia kolorów nie wychodziły równo, bo włóczka miała różną grubość (niektórej brałam podwójne nitki, by nierówności wyrównć).

Tu widać różną grubość włóczek i nierówności przy ich łączeniu. 

Pocieszające jest to, że brzegi moich utkanek wychodzą już równe i nie pływają. Wszystko dlatego, że biorę trzy albo cztery brzegowe nici osnowy i traktuję je jako jedną przy oplataniu wątkiem. Wątek oplatam podwójnie wokół tych czterech nitek osnowy.
 


By jakoś stabilizować tkaninę, tkałam naprzemiennie paski z tej miękkiej włóczki z paskami włóczki mniej rozciągliwej oraz włóczką tasiemkową podobną do sutaszu. I tkałam naprzemiennie paski jednego koloru z paskami z włóczki różnokolorowej. Paski kolorowe oddzielałam, od czasu do czasu, pakiem włóczki czarnej, aby się zbyt kolory nie zlewały.

Na ramie. 

 

Tu widać te nierówności przy łączeniu kolorów. Widać również źle zrobione zarobienie. Tkaczki radzą zarobienie dzielić na części, a jak podzieliłam to się rozjechało. Górne zrobiłam całe i wyszło super. Komu wierzyć?

To doświadczenie widocznie było mi potrzebne, bo doszłam do wniosku, że nie każdy sposób łączenia wychodzi ładnie. Nici w tym pasiaku  próbowałam łączyć w sposób gobelinowy i się porobiło niefajnie.

Łączenie kolorów na sposób gobelinowy.  

  Najładniej jednak wychodzi łączenie techniką przesmyku. Trzeba tylko pamiętać, by niezbyt mocno naciągać nić wątku przy styku kolorów- może zrobić się widoczny przesmyk.

O coś takiego. Naciągałam ( przy nawrocie) te nici wątku, naciągałam i porobiły się dziury. teraz mocno się pilnuje przy łączeniu kolorów i są postępy. 

 
 

Pilnowałam również kładzenia wątku z zachowaniem „górki” (nitka nie była napięta) oraz mocy ubijania- tym razem ubijałam na tyle, by się skryły nitki osnowy i tkanina była zwarta, ale nie jest ona twarda, jak wychodziło przy mocnym ubijaniu (np. w gobelinie z tulipanami).

Po utkaniu jednej trzeciej feralnego chodniczka, doszłam do wniosku, że oszaleję przy tym ciągłym zmienianiu kolorów wątku, a sam chodniczek będę tkała rok a może i dłużej. Zaczęłam tkać paski jednolitym kolorem na całej szerokości osnowy i robota od razu ruszyła do przodu, a chodnika zaczęło szybko przybywać. No, ale... no, ale .. ja zawsze coś muszę, bo inaczej znudzę się okropnie- wróciłam do tych trzech kolorystycznie części, by nawiązać do wzoru na dole chodniczka. Jakiś czas męczyłam się tak, jak na początku. A potem znów tkałam paski przez całą szerokość. I tak w bólach, przy solidnym przeklinaniu, przy „Już, już, zaraz odetnę to draństwo i trzepnę tym w kąt”, dotarłam z tkaniem do końca, czyli do pełnej wysokości ramy.

Góra pasiaka- zarobienie i łańcuszek przytrzymujący nitki osnowy. Zarobienie tkałam ostrą wełnianą przędzą, natomiast łańcuszek zrobiłam z dratwy lnianej. 

 


Chodnik nieudany, ale pójdzie na podłogę i nie będzie tych błędów tak widać. Najważniejsze, że znów ubyło mi paskudnej włóczki i robi się miejsce w koszu na owczą przędzę, odpowiednią do tkania.

 Policzyłam, ile pasiaków już utkałam. Jest ich 4, słownie cztery. Nie do wiary, a przecież zaczęłam tkać półtora roku temu. Czy ktoś jeszcze pamięta mój pierwszy utkany okrągły dywanik? Kolorowy że hej, ale lekko krzywy i z niezbyt ładnym środkiem? Za to ma super frędzle (zakładka- okrągły tkany dywanik lub zakładka tkanie)😁😁😁

No i 6 gobelinów też już utkałam („Miasto nocą” poszło do ludzi). I ciągle się uczę (jak ten poprzedni nieudany prezydent), ciągle się uczę, i popełniam błędy, i naprawiam błędy, i nadal przy tkaniu świetnie się bawię (poza małymi wyjątkami).

Te dwa ptaszory poszły na licytację WOŚP.


 

 

czwartek, 21 listopada 2024

Kilimek z ptakami w bajkowym stylu.


Na pierwszym kilimku wyhaftowałam ptaki w stylu,powiedzmy, ludowym. Więcej o nim TU

 Powiesiłam go na ścianie, między drzwiami, w holu. 

Z drugiej strony holu jest taka sama ściana. Pusta. To sobie pomyślałam, że może by tak wyhaftować kilimek na tę drugą ścianę. Założyłam, iż będzie też z ptakami, ale w innym stylu. Nie znalazłam odpowiedniego wzoru, to poskładałam go z różnych. 



 Ptaki to stylizowane pawie, dlatego dodałam do haftu błyszczącą nitkę, by podkreślić tę stylizacje oraz bajkowy charakter wzoru. Szkoda, że na zdjęciach nie widać tej nitki.

Starałam się też, by każdy ptak był w innej tonacji kolorystycznej.  

 

Chwosty zrobiłam z nici w kolorach współgrających z kolorami haftu.

Teraz w holiku wiszą dwa kilimki i ożywiają jego ściany. 

Materiały:

Tkanina- szary len.

Nici- mulina DMC podwójna i pojedyncza nitka, błyszczące nici melanż firmy Kreinik, pojedyncza nitka.

Chwosty- nici melanż,Miss Batik firmy Alize.

Kółka biżuteryjne.

Wielkość kilimka bez chwostów- 22/39 centymetrów.

Długość chwosta- 10 centymetrów.

poniedziałek, 28 października 2019

Ludowy kilimek


Czas pokazać coś nowego. Wprawdzie ten haft ma prawo, by go nazwać wieloletnim ufokiem, to i tak przecież tutaj będzie nowością. Kiedy postanowiłam ten wzór wyhaftować, byłam na etapie „jeju, jaki ładny folklor”. Wszystko, co ludowe bardzo mi się podobało (teraz zresztą też), a ludowe wzory ukraińskie i rosyjskie szczególnie. Ale nie potrafiłam wybrać takiego, który byłby szybki w haftowaniu i nie był szczególnie upierdliwy w szczegółach. No i bez tego, co u mnie jest często technicznie nie do przeskoczenia- idealnej symetrii haftowanych elementów. Prawie wszystkie te wzory, są zbudowane na zasadzie lustra- prawa, lewa strona haftu taka sama. Ładne na rysunku, w hafcie płaskim bardzo trudne (przynajmniej dla mnie). Dodatkowo takie powtarzanie elementów/motywów w hafcie, bardzo mnie nuży. Jak już tu nie raz podkreślałam, lubię, by się coś działo, by było nieoczekiwane- dlatego unikam wzorów o powtarzającym się motywie. No i gdy tak sobie przeglądałam wzory ludowe, to trafiłam na ładny z ptaszkami, może nie stricte ludowy, w stylu podobnym. Na początku chciałam włożyć haft w ramkę. Potem, w trakcie haftowania, postanowiłam zrobić z niego poszewkę na poduszkę. Jednak, ileż można mieć poduszek haftowanych, kiedy na rogówce panuje psia bździągwa, która lubi te poduszki tarmosić. W związku z tym, ona ma dwie poduchy do tarmoszenia, a obok nich leży jedna haftowana. Mogłabym, poduchy położyć na fotelach- mogłabym, tylko to wieczne przekładanie poduch, kiedy chce się na nich usiąść, może wkurzyć na maksa. I tak poszewek haftowanych mam już multum, a tylko jedna jest zmieniana co jakiś czas. Czyli pomysł z poszewką upadł. Może serwetka? I tu też możliwości ograniczone. Tylko jedna komoda nadaje się do tego, by na niej kłaść haftowane serwetki tak, aby haft był widoczny. Marudziło mi się przy tym haftowaniu, koncepcje się zmieniały, aż w końcu kategorycznie postanowiłam, że będzie kilimek. Nawet znalazłam na niego  miejsce na ścianie. Wyhaftowałam, podszyłam, po czym stwierdziłam, że jest on jakiś goły i ubogi. Brakowało mu wykończenia. Tym bardziej, że na ścianie gubił się, był mały i nieproporcjonalny w stosunku do płaszczyzny ściany.
 Cały haft
Góra

Lewa strona
Dół
Środek (nie zauważyłam nitki  na listku i zdjęcie zrobiłam z nią)

 Czym wykończyć taki ludowy kilimek? No jak to, czym? Albo frędzle, albo chwosty. Frędzle odpadły w przedbiegach, bo nie pasowały stylistycznie. Przyłożyłam, obejrzałam i stwierdziłam, że wygląda to dosyć tandetnie. Wobec tego zabrałam się do robienia chwostów. Musiałam zrobić wszystkie, by móc stwierdzić, czy pasują.
 Cały z chwostami i wykończoną górą
 Może z tymi chwostami też nie trafiłam, ale wyglądają o niebo lepiej od frędzli.  Kolory też dobrałam takie, by raczej się zgubiły przy hafcie, niż go stłamsiły swoją obecnością. Jedno, co mi się mało udało, to srebrne kółeczka. Ładniej wyglądałyby takie przydymione, ale nie znalazłam ich w sklepach ani w odpowiedniej wielkości, ani w takim kolorze.

Kolory nici do elementów wzoru dobierałam sama.
Wiszący na ścianie.
Materiały
Tkanina: len w szarym kolorze( dosyć cienki i luźno tkany)
Nici: mulina DMC, Ariadna, Anchor, mulina DMC Variations, Coloris, mulina Anchor Multicolor
Wielkość samego kilimka  (bez chwostów)- 40/26 centymetrów
Długość chwosta 11 centymetrów. 
To jest wzór
A tu warianty kolorystyczne



poniedziałek, 4 lutego 2019

A Jaskółka nawija i nawija...


Wpuściłam się w maliny. A wszystko przez moje upodobanie do posiadania wszystkiego w porządku- porządku w sensie braku bałaganu. No nie, przesadnego porządku u mnie nie ma, ale lubię mieć poukładane, posegregowane itp. Mam poukładane w różnych pudełkach materiały do rękodzieła- koraliki, wstążki, koronki, druciki itp. Te rzeczy oraz tkaniny mieszkają w wielkim starym kredensie. Nici do haftu mam posegregowane według rodzaju, grubości albo producenta. Muliny miałam w workach (każdy kolor w innym worku) i trzymałam je w koszu wiklinowym, W drugim koszu wiklinowym trzymam grubsze kordonki, a w jeszcze innym kordonki cienkie. W pudłach plastikowych mam kordonki Tulip oraz inne tureckie, sztuczne jedwabie, nici metalizowane itp. Ostatnio szukałam muliny do haftu, bo już jest na tapecie następne ptaszydło. Wyjęłam taki wór z kosza i grzebię w nim zawzięcie w poszukiwaniu odpowiedniego odcienia niebieskiego. Grzebię, przewracam tymi bobinkami w worze i nijak znaleźć nie potrafię tego, co chcę. W końcu wyrzuciłam całą zawartość wora na stół- szukam, rozgarniam, przegarniam. W każdym worze mam około 50 i więcej bobinek- własnej produkcji- z nawiniętymi nićmi. Niektóre kolory powtarzają się kilkakrotnie. Ogólny chaos i mizeria. Tak się wściekłam, że po chwili siedziałam przed kompem i zamawiałam organizery na mulinę wraz zapasowymi bobinkami. Zamówiłam, dostałam i nawijam te nici, jak świstak sreberka. Ale najpierw pogrupowałam nici, w każdym kolorze, według producenta. Nici, które się powtarzały wrzuciłam z powrotem do worów według kolorów, a te do kosza- nagle wieko się domknęło i jakiś taki luz tam się zrobił? A dotychczas to prawie nogą musiałam domykać, bo wszystko wyłaziło na górę. W sumie mam 8 pudełek-organizerów, a ile bobinek, to na razie nie wiem, bo jeszcze sporo nawijania przede mną.
Taaaa, nie pytajcie o koszty. Trochę to kosztowało. Jednak za cenę każdorazowego mieszania w tych worach i wkurzania się, nie żałuję wydatku. Już widzę, że była to dobra decyzja, bo nareszcie wiem, jakie nici posiadam. Zdarzało mi się kupować nowe, a potem znajdywałam w worze dwie bobinki takich samych. Każdorazowe wysypywanie na stół zawartości wora nie wchodziło w grę. Nie chciało mi się i tyle. Więc grzebałam w tych worach, trzymając je na kolanach, a potem upychałam w koszu. Organizery mają również inny plus- nie dość, że widać kolory nici, to jeszcze nici nie niszczą się tak, jak w worze. Nie układam mulin numerami, bo przy hafcie płaskim, przynajmniej ja, tego nie potrzebuję. Układam je według producenta. W jednym pudełku jeden kolor i jego odcienie. Wiem jednak, że numerami układają panie, które haftują krzyżykiem i mają we wzorze podane numery mulin. Wtedy łatwiej im się rozeznać oraz znaleźć dany numer. Ja dobieram kolory intuicyjnie, albo według kolorów na wzorze. Zresztą moje hafty wzoruję na ilustracjach, kafelkach, starych rycinach itp. Gdybym miała gotowy wzór i podaną do niego paletę kolorów, to musiałabym układać mulinę według numeracji.
Nie przypuszczałam, że mam takie zasoby muliny. Bardzo dużo dostałam od Młodych z Anglii, gdzie synowa wygrzebała mnóstwo pasemek w second hendzie. Sporo muliny, głównie DMC, podarowała mi Anabell- wielkie dzięki:). Dużo też znalazłam muliny podczas porządkowania mieszkania mamy, po jej odejściu. No i wcześniej sama kupiłam sobie, głównie mulinę Ariadny, z której jestem najmniej zadowolona.  
Nawijam mulinę na bobinki i zastanawiam się, jakiej najchętniej używam. Jest to też ważne dlatego, że układając bobinki w pudełkach z przodu daję te, według mnie, lepsze, z tyłu mniej udane. 
Na razie wygląda to tak



Zrobiłam odział muliny od najlepszej do najgorszej, to moje zdanie, przy czym kryteriami są:  połysk, brak plątania się podczas haftowania, ładne rozkładanie się nitek na tkaninie i nasycenie koloru. Mówię o hafcie płaskim.
1. Peri Lusta- stara angielska mulina, prawie już niedostępna na rynku. Dostałam jej trochę w różnych kolorach. Ma piękny połysk, pięknie układa się na tkaninie i nie plącze się podczas haftowania. Jest to nić bawełniana, ale miękka jak jedwab. Chciałam sobie dokupić różne kolory, szukałam i znalazłam na angielskim Ebayu parę ofert. Niestety, nić wycofana z produkcji w latach 80tych i wybór kolorów prawie żaden. Ktoś sprzedaje parę motków z różnych kolorów, ktoś inny więcej motków w jednym kolorze. Szkoda.
2. Anchor- angielska mulina o bardzo ładnym połysku, miękka i ładnie rozkłada się na tkaninie. Jest ciut grubsza od muliny DMC (podwójna nitka podczas haftu) i szybciej zapełnia haft. Ma bardzo ładne żywe kolory no i ich wybór jest duży. Już wiem, że uzupełniać braki będę tym rodzajem nici.
3. DMC- francuska mulina o ładnym połysku, czasem mam kłopot z równym zapełnieniem fragmentu, jest cienka (podwójna nitka podczas haftu- potrójna zbyt gruba) i widać ułożenie nitek, ale nie plącze się przy pracy. DMC ma bardzo duży wybór kolorów.
4. DMC Etoile- więcej nie kupię. Skusiłam się tymi rzekomymi błyskami w hafcie, ale rozczarowałam się bardzo. O niej też już pisałam- kolory matowe, miękka, bardziej przypominająca włóczkę, podczas haftu rwała się i strzępiła tak, jak włóczka, a połysk po wyhaftowaniu jest bardzo nikły. Poza tym kolor biały jest białym brudnym, w niczym nie przypomina śnieżnej bieli. Widziałam zdjęcia haftów wykonanych tą muliną- hafty śliczne, ale nie było widać ekstra różnicy pomiędzy Etoile, a zwykłą DMC.
5. Ariadna- polska mulina- ta stara jest bardziej matowa (mam jeszcze zapas mój i po mamie), ta nowsza już ma ładny połysk. Często podczas haftowania skręca się i plącze, tworzą się supełki. Ładnie rozkłada się na tkaninie, ale jest chyba najgrubsza z tych trzech mulin. Kiedy uzupełniałam brakujące kolory, zdarzało się, że nowa partia odbiegała odcieniem od starej. Poza tym bywało, że na pasemku kolor był nierówno rozłożony.
6. Mulinki nowosolskie- polska mulina, o której pisałam kilka postów wstecz- to inna bajka. Nadaje się do haftu płaskiego na grubszej tkaninie i do haftu rococo mniej delikatnego- świetnie wychodzą pętelki i owijki, szybko zapełnia elementy. Jest matowa i niepodzielna.
Żeby nie zwariować przy nawijaniu oraz rozruszać trochę kości, zrobiłam sobie przerwę i cały dzień szyłam. Ładnie to ktoś nazwał – „uwalniałam szmaty”. Szyłam głównie poduchy, narzutki na pralkę, oraz na kosz, na brudną bieliznę. Takie zszywanie w rodzaju patchworku. Wykorzystałam też haft, który leżał od prawie dwóch lat w pudełku.

To wzór Parolina. Bardzo mi się spodobały te zające. Znalazłam dwie albo trzy części, już nie pamiętam, ale nie znalazłam jednego fragmentu. No i? Poskładałam te, które miałam, zrezygnowałam z prawego skrajnego, za to z prawej strony dohaftowałam choinki z ptakami i wyszedł całkiem fajny hafcik. Gdybym znalazła tę brakującą część oraz wyhaftowała całość, to haft pewnie miałby metr długości.
Tak wygląda nzrutka na kosz na ciuchy do prania. Ułożyłam ją na oparciu wersalki, bo nie mam innego miejsca na robienie zdjeć. 
Haft naszyłam, a brzegi haftu zabezpieczyłam wstążką w kolorze starego złota. Jak to jest? Mam parę pudełek krajek, koronek, wstawek, kupę tego jest do koloru, do wyboru, a jak jest mi potrzebna taśma do obszycia, to nic nie pasuje? Musiałam zadowolić się zwykłą wstążeczką atłasową. Inna rzecz, że chciałam, by kolor tasiemki był, jak najbardziej, zbliżony kolorem do tła. Materiał, na który naszyłam haft, to bawełna w bardzo fajnych, jesiennych barwach. Spód podszyłam żółtą bawełną.

poniedziałek, 3 września 2018

Szalony zwierzyniec czyli mój prawie pierwszy Crazy patchwork.

Niedawno (TU) pokazałam Crazy patchwork "Szalone pawie". Przed nim zrobiłam w tym stylu dwie poduchy i kilimek. Ponieważ kilimek  bardzo podobał się znajomym, którzy mieszkają w Niemczech, zmienił właściciela. Ozdabia stary dom na bawarskiej wsi, niedaleko Ratyzbony. Chciałam ten kilimek tu pokazać w całej okazałości. Byłam przekonana, że mam jego zdjęcia już po zakończeniu pracy, a tu okazało się, że ich nie ma. Przeszukałam cały zapasowy dysk, przeszukałam wszystkie bieżące foldery i ZONK- nie ma. Trochę mnie to dziwiło, bo każdą ukończoną pracę dokumentuję sobie no, ale jak nie ma to nie będę się upierać. Wczoraj, kiedy przycinałam zdjęcia z zawieszkami do poprzedniego posta, natknęłam się na jakiś nieopisany folder, który był w innym. Hmmmm.... są zdjęcia kilimka z crazy i cieszę się, że je odnalazłam, bo to jedyny ślad, że kiedyś coś takiego popełniłam.
To teraz prezentacja. Zdjęć jest dużo, ponieważ dużo na nim się dzieje.
 Moje Crazy patchworki szyję dosyć nietypowo. Modelowe crazy szyje się z kilku niewielkich sztuk materiału, według określonego schematu. Ja zszywam, jak leci. Po prostu biorę kawałki różnych materiałów i je zszywam, tworząc sobie bazę do ozdabiania. Na tym crazy materiał jest zbyt wzorzysty. Miałam kłopot z wymyśleniem szlaków i ozdób, by wyróżniały się na tle.
Wariactwo polega na tym, jak już pisałam przy okazji przedstawiania "Szalonych pawi", by jak najbardziej zapchać całość drobiazgami. Serduszka, grzybki, jakiś owad....
Ten niebieski motyl został naszyty i ozdobiony na samym początku, obok dwóch aplikacji z psami. Potem powstała cała reszta obok niego
To jest lewy bok, odwrócony, by pokazać żabę. Moja pierwsza haftowana żaba. Z lewej strony pierwszy haftowany żuk. To właśnie na tym crazy ćwiczyłam takie hafty. Potem powstały żuki na "Szalonych pawiach". Metoda prosta- wzór na bibułce, haftowanie i wydzieranie spod haftu bibułki.
  
Aplikacja z psami z haftowanym brzegiem. Lenistwo nie popłaca- nie chciało mi się przyszywać aplikacji jak należy, to i brzeg zaczął się strzępić. Trzeba było ratować się szlaczkiem. Obok jakiś koronkowy element, łososiowy żuk haftowany ściegiem Kadai Kamal, trzmiel i biedronka.
Druga żaba i irys- haft wstążeczkowy. Kwiaty, nadrukowane na materiale, ozdobiłam koralikami i obszyłam im kontury, by je bardziej uwypuklić.
 Na crazy koniecznie musiały znaleźć się ryby oraz jamochłon. Taki morski akcent, bo i tło bardziej "wodne". "Dopchałam" całość kwiatkiem, motylkiem oraz cekinami, które mają imitować błyski wodne.
A jak woda, to i flaming, sitowie z pałkami wodnymi, motylki i inne bzdurki.
Góra, środek- serduszko wycięte z koronki z haftem kwiatowym
Góra-lewa strona. Kwitnąca jabłoń- haft wstążeczkowy oraz ważki, haftowane również wstążeczką. Ważki mają koralikowe tułowia i odwłoki.
Góra - środek. Baza do crazy ma w tym miejscu pas z nadrukowanymi pawiami . Wyhaftowałam ich kontury i nahaftowałam na ogony koraliki. Na dole szlaczek w kwiatki i biedronki.
Druga aplikacja z psem, również obszyta ozdobnym szlaczkiem. Z lewej strony dzika kaczka. Ten haft znalazłam w książce Krystyny Sienkiewicz: "Haftowane gałgany". Krystyna Sienkiewicz była nie tylko aktorką, miała ogromne zdolności plastyczne (ukończyła Akademię Sztuk Pięknych)- haftowała, szyła, tworzyła różne oryginalne ozdoby, które gromadziła w swoim domu nad brzegiem Świdra. W starym młynie i na strychu niewielkiej chaty, urządziła galerię swoich prac.Oczywiście, moja kaczka nie jest tak piękna, jak kaczka Krystyny Sienkiewicz, ale i tak jestem z niej dumna.
Jeszcze raz kaczka w przybliżeniu. Nie jest to "plagiat", ona jednak się różni od oryginału- kształtem i kolorami.  Chodziło mi głównie, by kaczka była w locie.
 Ten ptak był nadrukowany na materiale. Uwypukliłam go haftem. Ptaszysko siedzi na kwitnącej gałęzi glicynii i dobiera się do malin (ścieg- pętelka francuska).
Jaszczurka zwinka. Trochę zgubiła się wśród kwiatów oraz malin. Jak dokładnie się przyjrzycie, to zobaczycie jej długi ogon, zawinięty dookoła różowego kwiatu, ozdobiony perełkami.
Jeszcze raz ptaszor, a obok motyw kwiatowy
Pałki wodne- uzupełnienie do "środowiska" flaminga.
Jeszcze jeden fragment- na zielonej łące czarne mrówki :):)
Tak wygląda cały kilimek. Na zdjęciu nie ma eleganckich brzegów. Kiedy robiłam zdjęcia, nie wiedziałam jeszcze jak go wykończyć. W ostateczności dostał ramkę z szarej, szerokiej (2 cm) aksamitki. Jest podszyty dosyć grubą flanelą, która go usztywniła. Z lamówką ma 40X40 centymetrów.
 

Polecam- Krystyna Sienkiewicz: "Haftowane gałgany", Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1988,